Siedzę w pidżamie na tarasie. Wystawiam blade jeszcze członki, niech je głaszcze poranne słońce.
Zalotne trele fruwających pierzastych pstrzą ciszę.
😌
Smakuję tę chwilę.
Powoli wchodzę w ten dzień.
Obok mnie leży odprężony B1, niewiele dalej leniwie omiatająca wzrokiem teren B3… Zaraz, a gdzie B2?
Zaczynam gorączkowo rozglądać się za Bezią, zastanawiając się czy aby na pewno goście zamknęli za sobą wczoraj furtkę.
Niemożliwe, na pewno nie wyszła, dopiero tu była!
Szybki rzut oka na trawiaste podwórko – nie ma. Na schodki do domu – nie ma. Fck!!! 😨
W końcu odwracam się w stronę ścieżki prowadzącej na tył budynku, z myślą, że najwyżej pobiegnę jej szukać po wsi (ku uciesze sąsiadów – w kusej koszulinie).
Jest!
Ze zdziwieniem podniosła głowę, jakby chciała powiedzieć: Coś taka rozemocjonowana? Luuz, czil, kalmdałn!😎
Po stanie jej futra wnioskuję, że zażyła już z rana kąpieli… w odżywczej ułęskiej glinie… ⚪➡️🟤
A że warunki ku temu korzystne, bo pół podwórka rozkopane pod jakieś kolejne instalacje, to żal było nie skorzystać.
Weź sobie małego białego pieska, mówili… 🤬







