– Rumek, Ruuumek! Obrzundek nie zrobiony a ty siedzis? Chłopie, rusz no się!
Melodia tych słów, wypowiadanych z pretensją, na wysokim C, przez moją babkę do jej męża została ze mną do dzisiaj, mimo, że od śmierci Romka minęło ponad 30 lat.
Szczupły i wysoki. Pewnie doskonale wyglądałby w mundurze i oficerkach. Z wiekiem coraz bardziej przygarbiony, jakby to on, a nie jego konie, nosił codziennie chomąto na grzbiecie. A może nosił coś cięższego..?
Słabo skrywał niechęć do pracy fizycznej. Chyba pociągały go sprawy bardziej angażujące intelektualnie. Urodził się jednak w zwykłej chłopskiej rodzinie i wyboru za dużego nie miał.
Podróżowaliśmy z nim czasem zaprzęgiem – ja i Michał – jego najmłodsze wnuczęta. Z jednej strony byliśmy za mali na robotę wokół domu a z drugiej – starsze siostry chętnie się pozbywały gówniaków, które trzeba było niańczyć. Opowiadał nam wtedy różne historie. Był dla mnie jak Indiana Jones i James Bond w jednej osobie. Przyjemnie mi dzisiaj wracać do tych wspomnień.
Nigdy się nie śpieszył. Zawsze zdążał. Wzięłam to sobie od niego na życie.
Każdej niedzieli, zamiast do parafialnego kościoła, jeździł na ryby. Myślałam, że to jego hobby. A teraz wiem już, że to ucieczka była. Nad Wieprzem odpoczywał od gderania żony.
O taak, życiowe motto jego małżonki brzmiało jak hasło noszone dumnie na bluzach chłopaków od Infamous Team*, z tym, że rozumiane dosłownie. I wcale nie chodziło o efekty tej pracy. Wartością była sama robota. Cóż, w życiu można mieć różne zajawki.
Babcia Jasia nadal żyje. Jako jedyna z moich dziadków i jako jedyna ze swojego rodzeństwa. Poczucie samotności ma głębokie jak studnia. Ale to temat na zupełnie inną opowieść.
Surowa, niedostępna, bardziej uważna na to, co powiedzą ludzie niż na to, co mówią dzieci czy wnuki. Setki a może i tysiące razy słyszałam od niej: „to wstyd”, ani razu: „kocham cię”, „jesteś dla mnie ważna”, czy cokolwiek innego ale budującego. Nie przeszkadza mi to troszczyć się o nią i opiekować nią teraz, gdy niedomaga jej ciało a umysł przekształca fakty w historie rodem z dramatów i kryminałów.
Od niej biorę niemal codziennie. To duży pakiet. Najważniejsza w nim jest samowiedza – dzięki niej odkrywam w sobie cechy i umiejętności, o których istnienie nawet bym się nie podejrzewała.
Babcia Hela była z zupełnie innego świata. Chociaż wiek, ciąże i choroby zaokągliły jej figurę, w mojej głowie jest drobną, niewysoką kobietą o śmiejących się oczach. W żadnym razie nie była chodzącym wcieleniem anielicy ale mimo wszystkich ciężkich doświadczeń pozbieranych przez lata, zachowała optymizm i pogodę ducha.
Z cierpliwością znosiła wiele wyskoków swoich wnuków. A nie oszczędzało jej żadne z nas… Czasem składała nam ręce nad głowami i szeptała ciche błogosławieństwa, jakby to były zaklęcia ochronne. Skuteczne, jak widać.
Z początkiem mojej dorosłości przyszła ciekawość jej życia. Towarzyszyłam jej wtedy chętnie w codziennych czynnościach i ciągnęłam za język, oczekując co smaczniejszych kąsków z jej młodości. Wiele razy zaskoczyła mnie otwartością. Gdy krępowało mnie trochę gadanie z nią o moich chłopakach, zakochaniach i wszystkich tych „trudnych sprawach”, rozbroiła mnie jednym zdaniem: „Bo wy myślita, że babcia to nigdy młoda nie była… Krew nie woda!”
Potrafiła świetnie balansować pomiędzy tym, co miłe Bogu a tym, co miłe ludziom. I robiła doskonałą wiśniową nalewkę.
Końcówka jej życia była trudna. Ale nawet odchodząc dała mi poczucie, że byłam dla niej ważna. Byłam w ciąży i poprosiłam ją, żeby się nie wygłupiała i nie umarła zanim ja urodzę. Nie wiem jak dogadała się ze śmiercią, co jej obiecała albo co oddała, ale oczy na amen zamknęła dopiero wtedy, gdy bezpiecznie, razem z Polą wróciłam do domu ze szpitala.
Od niej biorę ten uśmiech w oczach.
A od jej męża?
Chyba nie ma nic złego w przyznaniu się, że miłe było to uczucie bycia wyjątkową wnuczką? Pierwsza i na dodatek jedyna dziewczyna w pokoleniu. Zawsze wiedziałam, że mogę sobie pozwolić na więcej. Nawet za papierosy opieprzał mnie jakoś bez przekonania.
Przywołuję w pamięci Henryka. Jego wielkie jak bochny chleba dłonie krojące ciasto na makaron z dokładnością maszynki do robienia spaghetti. Widzę jego buty – chyba robione na zamówienie, w które mieściły się ze dwie dziecięce girki. W poprzek. Słyszę jego żarty, których ciężar przygniatał czasami.
Był duży, stabilny i uparty. Waloch taki.
Odchodził powoli. Czas niespiesznie zabierał mu sprawność fizyczną, intelektualną, samodzielność, samostanowienie. Ale wydawał się być pogodzony zarówno z tym stanem rzeczy, z losem i z ludźmi.
Moje cztery podpory. Korzenie moje.
Jakie to cudowne – z połączenia tych czterech genotypów powstała tak wyjątkowa istota!
Przeżyli wojnę, stalinizm, komunę. Kochali, nienawidzili, płakali i cieszyli się. Zaznali strachu, cierpienia, zmęczenia ale i dumy, nadziei, wdzięczności. Po prostu ludzie. I aż ludzie. Dziadkowie moi.
Zawsze będą za mną stać. Dali mi to, co sami mieli a ja wzięłam, bo taka to już natura tych relacji.
*”Trzeba zapierdalać”








To pokolenie ubogie bylo w okazywanie uczuc, nie potrafili. Duzo zycia doswiadczyli. Dziadko uczyl mnie zycia praktycznego, wybaczal wiele – ulubiona wnuczka. Kochal komentowac namietnie filmy w trakcie trwania…mam to po nim, umiejetnosci manualne też, spryt tez, I cierpliwość. Babcia kochala czesac moje wlosy ,ja jeszcze bardziej. Do dzis to totalnie mnie uspokaja. Babcina ulubienica, tak. Bylam z nimi blizej niz z rodzicami, kazdy wolny dzien od szkoly z nimi spedzalam powroty do domu byly dla mnie wielka tragedia zyciowa.
Babcine powiedzenia zostaly że mna do dzis… Moja córka tez je zna.
Dziadkowie odeszli już jakis czas temu i bardzo wciaz ciężko bez nich 💔
Piękna historia !😍