Weryfikacja wieku

Aby przeczytać ten wpis, musisz mieć co najmniej 18 lat.





Przejdź na stronę główną

Pętla

Awantura wisiała w powietrzu już od kilku dni. Ten stan nerwowości, którą czujesz pod skórą. Jak setki małych pasożytów, wiercących w tkance korytarze. Gotów byłbyś drapać ciało pazurami aż do mięśni i ścięgien. Gdyby tylko ktoś zagwarantował ulgę, pozwoliłbyś mu przypiekać rozgrzanym żelastwem te wszystkie fragmenty zakończeń nerwowych, które zdawały się nieść w sobie pamięć dotyku. Jej dotyku.

Awantura wisiała w powietrzu już od kilku dni. Ten stan nerwowości, którą czujesz pod skórą. Jak setki małych pasożytów, wiercących w tkance korytarze. Gotów byłbyś drapać ciało pazurami aż do mięśni i ścięgien. Gdyby tylko ktoś zagwarantował ulgę, pozwoliłbyś mu przypiekać rozgrzanym żelastwem te wszystkie fragmenty zakończeń nerwowych, które zdawały się nieść w sobie pamięć dotyku. Jej dotyku.

Biała zdawała się nie zauważać mojego stanu. Rano najpierw szykowała śniadanie, potem swoją twarz, na koniec ubrania dla Juniorów. Dokładnie w tej samej kolejności każdego dnia. Tylko drzwi zamykała inaczej. Przekręcała zamek ciszej niż zwykle. Jakby się bała, że wesołe brzdąkanie jednego klucza o drugi mogłoby stać się iskrą wywołującą wybuch. A może to nie był strach? Może po tylu latach wspólnego życia przywykła do tego cyklu? Pogodziła się z nieuniknionym w imię wyższych wartości. Przyjmowała mnie całego, z tym obłędem i mrokiem. Nigdy nie zrozumiem dlaczego i po co. Lgnęła do mnie. Ja ją odpychałem a ona i tak szła za mną. Jak cholerny pies. Biszkoptowy labrador. Albo czekała na mnie. Otwierała drzwi i z niemym zaproszeniem wpuszczała mnie po każdym wyskoku. A bywałem łajdakiem. Często.

Poczekałem aż echo kroków na klatce opadnie całkiem na lastrykową posadzkę. Dopiero wtedy usiadłem na łóżku i rozciągnąłem ręce szeroko na boki. Skrzypienie w karku przypomniało o dawnej kontuzji. I o peselu. Zimna podłoga łazienki kotwiczyła mnie powoli w nowym dniu. Popatrzyłem na odbicie w lustrze. Zamiast luźnych podkówek pod oczami, siwych włosów rosnących już nie tylko na skroniach widziałem siebie młodszego o kilka lat. Nie byłem sam. Ze szklanej tafli patrzyła na mnie Ona. Rozchylone usta z lekko uniesionymi kącikami, włosy opadające w nieładzie na jej policzki, wielkie źrenice śledzące każdy mój ruch i piersi podskakujące rytmicznie przy każdym moim pchnięciu. Złapała mój wzrok. Uśmiechnęła się szeroko. Ciche jęknięcie zatrzymało się w jej gardle. Opierała dłonie na umywalce. Granatowy lakier jej paznokci kontrastował z bielą ceramiki. Zacisnąłem mocniej palce na jej biodrach, pieprzyłem szybko, przyciągając jej tyłek do siebie. Odchyliła głowę do tyłu. Po twarzy przebiegł jej lekki grymas, zwiastujący bliski finał. Wiedziałem, że jej pulsujące gorące wnętrze przyjmie mnie bez żadnych oporów. Zacisnąłem szczęki. Doszedłem, głośno wypuszczając powietrze.

Kurwa. Kurwa mać!

Umywalkę zapełniłem lodowatą wodą. Zanurzyłem w niej twarz. Czekałem na ten moment, kiedy płuca zaczną krzyczeć o oddech palącym bólem. Wynurzyłem się tylko na tyle, żeby nie wciągnąć wody. Jeszcze raz. I jeszcze jeden.

– Tato, muszę siku. – cienki głos sprowadził mnie do rzeczywistości.

Właściwie to Biała zauważyła powtarzający się schemat. Kilka lat temu, po kolejnej nieprzespanej nocy, nocy, którą spędziłem dokładnie tak jak parę poprzednich, na upartym dokopywaniu się do dna butelki Ogińskiego, przez zaciśnięte zęby wycedziła: – Znowu to samo. Boże, jak bardzo mam tego dość!

Nie przyznałem jej racji ale też nie zaprzeczyłem. Może powinienem? Może czekała na to, że złapię ją za ramiona i lekko potrząsając wykrzyczę, że to nie tak, że to jej złudzenia i zbiegi okoliczności? Najprościej byłoby powiedzieć jej, że to przesilenie jesienne. Nie zrobiłem tego. Chciałem żeby moje milczenie ją bolało. Może wtedy zrozumiałaby mnie tak naprawdę?

Była matką moich dzieci. Tyle mogłem jej dać uczciwie i bez ściemy. Nie obiecywałem jej dozgonnej miłości i wierności jak z romantycznej lektury przerabianej w liceum. Sam byłem ciekawy tych powołanych do życia nowych istot. Chciałem spełnić marzenie o rodzinie. Może nawet wierzyłem, że zapełnię nią zionącą czarną stęchlizną dziurę we własnym wnętrzu. Nie zadziałało. To nigdy nie działa. Jedyne co spełniłem, to skostniałe społeczne oczekiwania, zgodnie z którymi w pewnym wieku należy się ustatkować. Jakby człowiek był nowoczesnym piecem marki Junkers: płynnie regulując dopływ gazu zmniejszasz płomień. Modyfikujesz chęci ograniczając możliwości. Ale tak przecież nie jest. Bardziej przypomina nie do końca sprawną instalację, jakąś samoróbkę, która niepostrzeżenie gromadzi gaz i gdy tylko pojawia się więcej tlenu wybucha niszczycielskim płomieniem. Winny jest gaz, tlen czy fizyka?

Ona była dla mnie tlenem. Ona potrafiła rozpalić we mnie wszystko. Biała gasiła te pożary. Parzyła sobie dłonie chroniąc przed spaleniem to, co uważała za najcenniejsze.

Na autopilocie odprowadziłem Juniorów do szkoły, zrobiłem zakupy, odhaczając pozycje z listy. Odliczałem minuty do wyjścia z domu. Liczyłem, że nieprzewidywalność ulicy zmusi mnie do skupienia się tylko na pracy. Miałem taką o jakiej na jakimś etapie marzyli prawie wszyscy mali chłopcy – prowadziłem dwunastotonowy, czerwono-żółty miejski autobus. Większość z tych chłopców z marzeń o spędzaniu kilku godzin dziennie w pozycji siedzącej wyrastała już koło 10 urodzin. Ja też wyrosłem. Po czterdziestce. Chciałem coś zmienić. Miałem nawet jakieś pomysły. Musiałem zdecydować co dalej. Na jednej szalce wagi położyłem etat, regularnie wpływającą pensję, proste zadania i czas pracy, jaki pozwalał dzielić się z Białą obowiązkami przy Juniorach, na drugiej potrzebę spełnienia, wolności i niezależności. Wybrałem… Trzymałem się tego wyboru do teraz. Tak jak myśli o Niej.

Poznałem Ją w najbardziej banalny sposób ze wszystkich możliwych: wsiadła do autobusu przednimi drzwiami, wnosząc zapach róży i piżma. Poprosiła o bilet a kiedy otworzyła portfel, wysypał się z niego cały bilon. Przykucnęła i zbierała z podłogi drobne monety. Przyglądałem się zwinnym palcom, zakończonym pomalowanymi na granatowo paznokciami. Niespodziewanie podniosła głowę i spojrzała prosto na mnie. Wydawało mi się, że na coś czeka. Była tak blisko. Gdyby nie dzieliła nas pleksiglasowa szyba, wystarczyłoby, żebym wyciągnął rękę i mógłbym odgarnąć kosmyk włosów, który opadł jej na lewą brew. Jakby czytała w moich myślach – sięgnęła dłonią i poprawiła włosy. Wyprostowała się i patrząc na mnie z góry uśmiechnęła się nieznacznie.

Obserwowałem jej ruchy we wstecznym lusterku. Usiadła w trzecim rzędzie. Złapała mój wzrok i bezwstydnie wpatrywała się we mnie przez resztę drogi. Wysiadła jeden przystanek przed pętlą. Pojawiła się również następnego dnia. I kolejnego.

Nie była najpiękniejsza – taka wstydliwa myśl, której nie chciałem przyznać racji, przyszła do mnie później. Była właściwa. Dopasowana do miejsc, o których istnieniu nie miałem pojęcia. Wchodziła we mnie bez oporu, nie pytając o pozwolenie. Jak klucz dorobiony do zamka, którego nigdy nikomu nie pokazałeś.

Z początku próbowałem Ją zracjonalizować. Zwykła fascynacja. Chemia. Cokolwiek, co można nazwać i tym samym oswoić. Ale Ona nie dawała się nazwać. Wymykała się słowom tak samo, jak wymykała się ludziom.

Przy Niej nie musiałem niczego udawać. Nie musiałem być lepszy. Ani gorszy. Ona widziała mnie dokładnie takim, jakim byłem i nie próbowała tego zmieniać. To nie było akceptowanie. To było coś bardziej niebezpiecznego. Jakby mówiła: taki właśnie masz być.

Najgorsze było to, że nie mogłem jej zatrzymać. Nie potrafiłem sprawić, żeby chciała przy mnie zostać.

Przez lata pojawiała się i znikała jak kometa orbitująca wokół słońca a ja siedziałem na maleńkiej błękitnej planecie gapiąc się co noc w czarne niebo. Jej zbliżanie się czułem ciałem, jakbym był odbiornikiem wyłapującym najdrobniejsze drżenie cząsteczek powietrza, wytwarzane przez jej oddech, choćby była na drugim końcu kontynentu. Czasem zdawało mi się, że to Ona z czułością szpiegowskiego skanera częstotliwości wyłapuje moje myśli i pojawia się w najbardziej właściwym momencie.

Jak wtedy, gdy zawalił się spory kawałek mojego świata. Umarł ktoś dla mnie ważny. Napisałem do niej pozbawioną ozdobników, krótką jak telegram, neutralną wiadomość. Nie odpowiedziała. Następnego dnia natknąłem się na nią w głównym holu wielkiego centrum handlowego. Stała tam nieruchomo, posągowa, poważna i czekała aż sam ją zauważę. Ludzie mijali ją zerkając nieśmiało. Zdawała się ich ruch traktować z dokładnie taką samą obojętnością, z jaką kapitan barki traktuje ruch fal na znajomym akwenie. Nie zapytałem skąd wiedziała gdzie i o jakiej porze będę. Nie dotknęła mnie nawet. Ale w jej oczach widziałem wszystko – zrozumienie mojego bólu i strachu. I nadzieję. Ona nie współczuła. Ona współodczuwała. Potem przez kilka tygodni leczyła moje rany, okładając bolące miejsca z precyzją pielęgniarki chirurgicznej. Z tą jednak różnicą, że zamiast sterylnych gazików stosowała celnie dobrane słowa i niewymuszone milczenie a zamiast bandaży dotyk swojego ciała.

Zniknęła gdy tylko stanąłem na nogi.

Wściekłość i rozczarowanie zalewałem podłą wódą dostępną w barze cuchnącym przepaloną fryturą i zmęczeniem pracujących na trzy zmiany robotników z pobliskiej fabryki. Bar ten był równie dobry jak każdy inny. Jego niepodważalnymi atutami były niewielka odległość od mojego mieszkania i obecność młodych barmanek . Walory te czasem łączyły się w jedno. Biała dorabiała tam w weekendy. Studiowała psychologię albo resocjalizację albo jeszcze inny kierunek, na który idą naiwne idealistki. Najczęściej siedziała z książkami na kolanach, wkuwając do kolejnych egzaminów. Wcale nie miałem zamiaru zacieśniać z nią kontaktu. Ale ona za punkt honoru postawiła sobie wyciągnąć ze mnie cały syf i napełnić mnie ciepłym światłem. Uwierzyłem w końcu, że to Bóg zesłał mi ją jak anioła, który miał mnie powstrzymać przed samozagładą.

Pojawiła się znowu gdy tylko przestałem na Nią czekać. Nieplanowane spotkanie w randomowym miejscu. Wśród obcych ludzi, pod kopułą dudniącej muzyki. Przywitała się jak z daleką kuzynką – lekkim muśnięciem policzka o policzek. Wyraźnie wyczuwalne ciepło jej ciała, gdy nachylałem się do jej ucha próbując przekrzyczeć wyjącego wokalistę, było niczym cienka linia jasnego proszku usypana na szklanym stoliku. A ja stałem tam ze zwiniętą w rulon dwusetką w ręce. I byłem ćpunem, zaledwie po detoksie…

Podkradałem czas na raty. Spędzałem z Nią pory dnia, dalekie od wyobrażeń o gorących romansach. Przeglądałem się w jej błyszczących oczach jak w łazienkowym lustrze i kurewsko podobało mi się to, co tam widziałem. Śmiałem się i płakałem susząc twarz w jej włosach.

A potem znowu wyjechała.

Chlałem. Proste lekarstwo uśmierzające ból amputacji tego kawałka mnie, którym była Ona.

Nie wiem ile razy jeszcze przetaczałem to koło. Każdy kolejny bolał odrobinę mniej. A może skuteczniej się znieczulałem?

Przestałem pytać o Jej plany. Słuchałem opowieści o życiu kogoś obcego, kogoś kim nie była przy mnie. Nigdy nie pytała o Białą. A przecież musiała o niej wiedzieć. Nie rozmawialiśmy o tym.

Pewnego razu zapytała:

– Kim chcesz, żebym dla ciebie była?

– A kim ja dla ciebie jestem? – odpowiedziałem pytaniem, robiąc unik przed powiedzeniem tego, czego Ona i tak nie chciała słuchać.

Roześmiała się głośno.

– Jesteś moim najważniejszym Waypointem.

– Ale nie chcesz, żebym był punktem docelowym… – nie było to pytanie.

Wzruszyła ramionami w odpowiedzi.

Kiedy po wielu miesiącach jej nieobecności krzyki Juniorów zagłuszyły w końcu wątpliwości krążące w mojej głowie, przestałem zwracać uwagę na mijający czas. Biała spełniała się w roli matki bliźniaków. Nie miałem żalu, że na mnie w jej grafiku nie ma miejsca. Brałem dodatkowe zmiany, przynosiłem do domu pudła pieluch, puszki mleka w proszku i pierogi z garmażerki. Codzienny rytm wyznaczany przez karmienia, spacery, kąpiele był bezpiecznie przewidywalny.

O zbliżającej się jesieni przypomniał mi poranek, za chłodny już na krótki rękaw t-shirta. Pomyślałem, że to całkiem dobrze, że trochę mi za zimno – łatwiej się rozbudzę. Chłopcy spali tej nocy dobrze, za to ja kręciłem się z boku na bok. Kolejnymi łykami kawy z termosu wyganiałem spod powiek niechciane obrazy nocnych rojeń. Po co komu sny, skoro nie przynoszą odpoczynku?

Dyspozytor przyjaźnie uścisnął mi rękę i podał papiery. Rzuciłem okiem na wydruki i pytająco spojrzałem na niego.

– Mam trójkę dzieci rok po roku. – powiedział poważnie, kiwając przy tym głową – Domyślam się jak się czujesz. Zrobisz dziś kursy „czwórką”, tam prawie nie ma pasażerów. Rano jeden w obie strony i po południu drugi, podobnie. Na końcowym jest spokój. Niby to niewiele ale może trochę odpoczniesz. Weź sobie z dyżurki poduszkę i koc.

Miałem ochotę go uścisnąć. Wymamrotałem tylko ciche podziękowanie i zabrałem się do autobusu.

Przetrwałem pierwszą połowę dnia. Zdrzemnąłem się na końcowym przystanku, wróciłem do bazy na obiad. Jeszcze tylko jedna taka runda i fajrant.

Wsiadła w połowie trasy. Włosy miała krótsze i ciemniejsze niż ostatnio a lekki płaszcz przewiązany paskiem w talii podkreślał szczupłość jej sylwetki. Zajęła miejsce w trzecim rzędzie.

Chciałem zaciągnąć hamulec i nie bacząc na inne pojazdy zatrzymać autobus na środku ulicy. Jak najszybciej iść do Niej. Opanowałem się. Szumiało mi w uszach.

Zaparkowałem autobus na pustej o tej porze pętli. W lusterku widziałem, że przechyla głowę i przygląda mi się. Bez pośpiechu podszedłem. Wskazała mi ręką siedzenie obok. Usiadłem. W milczeniu usadowiła mi się na udach, przyciskając swoje do moich bioder. – Tyle cię nie było… – zacząłem. Zamknęła mi usta pocałunkiem.

Wsunąłem ręce pod poły płaszcza, pod spódnicę. Palcami wiodłem w górę jej nóg aż do koronki pończoch. Doszedłem do pośladków. Nie miała majtek. Rozpięła suwak moich spodni.

Lekko ssała moją wargę, nie spuszczała ze mnie wzroku. Nasze ciała znały drogę do siebie.

Zakołysała biodrami wpuszczając mnie do środka. – Tęskniłam. – powiedziała a mnie przemknęła niepokojąca myśl, czy za mną całym. Tym razem to ona nadawała tempo i dyrygowała intensywnością. Brała mnie zachłannie, jak bardzo głodny wędrowiec pierwsze kęsy chleba po wielu dniach postu.

Bałem się, że nie dotrzymam jej kroku. Gardłowym głosem wychrypiałem Jej imię. Nie zwolniła.

Po wszystkim poprawiła włosy, sukienkę i usiadła obok. Dłonie z paznokciami w kolorze wieczornego nieba złożyła na złączonych kolanach, przybierając pozę pensjonarki.

Patrzyłem na jej profil. Spokojna. Jakby nic się nie wydarzyło.

– Zostaniesz? – zapytałem.

Nie spojrzała na mnie. Przecząco pokręciła głową.

– Wpadłam tylko na chwilę. – Uśmiechnęła się lekko, ale to nie był uśmiech dla mnie. Bardziej dla jakiejś myśli, która właśnie przeszła jej przez głowę.

– Jak zwykle. – powiedziałem z irytacją.

Wstała a ja tym razem nie próbowałem jej zatrzymywać.

Siedziałem jeszcze chwilę w pustym autobusie, czując jak coś we mnie opada. Nie jak po orgazmie. Bardziej jak po wyjęciu jakiegoś elementu z konstrukcji, który trzymał całość w pionie. Nagle wszystko zaczynało się przechylać.

Silnik pracował nierówno. Albo to moje ręce drżały na kierownicy.

W domu pachniało zupą ogórkową. Biała z włosami złapanymi w luźny kucyk spacerowała po dużym pokoju z jednym z naszych synów na rękach. Gdy mnie zobaczyła na jej zmęczonej twarzy zarysował się cień uśmiechu.

– Ciężki dzień? – zapytała.

– Bardzo. – wyszeptałem. Pocałowałem w głowę śpiącego Juniora.

Z wysiłkiem odsuwałem wspomnienia na bok, próbując skupić się na drodze. Wypiłem łyk kawy z podręcznego termosu. Od tamtego dnia minęło prawie 5 lat. Każdego roku czekałem. Szukałem jej rysów w twarzach obcych kobiet, nasłuchiwałem znajomego stukania obcasów. A Ona milczała. Wyłem w środku, skręcany tęsknotą. Aż do dzisiaj. – Chyba zaczynam wariować. – pomyślałem, gdy po raz kolejny powrócił obraz poranka.

Zatrzymałem autobus na światłach. Czerwone. Puste skrzyżowanie. Silnik mruczał jednostajnie, jakby nic się nie zmieniło. Jakby wszystko było dokładnie takie, jakie być powinno. A nie było. Obraz z poranka wracał jak narkotyczny sen. Za ostry, za wyraźny. Za bardzo cielesny jak na coś, co powinno być tylko wspomnieniem. Albo halucynacją. Albo…

Zielone. Nie ruszyłem. Ktoś zatrąbił. Dopiero wtedy zdjąłem nogę z hamulca. Autobus potoczył się dalej, ciężko, jakby z wahaniem. W lusterku zobaczyłem twarz pasażerki. Przez ułamek sekundy serce podeszło mi do gardła. Granatowe paznokcie. Mrugnąłem. Zwykła kobieta. Obca. Odwróciła wzrok.

Oddychałem za szybko. Wmawiałem sobie, że to nie pierwszy raz. Ale pierwszy raz było inaczej. Bo dzisiaj rano… Ona była. Nie wspomnieniem. Była fizyczna. Zbyt fizyczna.

Wieczorem Biała nie zapytała o nic. Nie było wyrzutów. Nie było napięcia. Tylko ta jej cicha obecność, jak zawsze. Jak ściana, o którą można się oprzeć, ale której się nie zauważa, dopóki nie zacznie pękać.

Wyjąłem z foliowej siatki smukłą butelkę i wstawiłem ją do lodówki. Usiadłem przy stole. Juniorzy jedli w milczeniu. Łyżki uderzały o talerze z nierównym rytmem. Biała nalała mi herbaty. Zupełnie nie wiem po co. Przecież wiedziała, że jej nie tknę.

– Znowu ją widziałeś. – powiedziała. Nie było to pytanie.

Zamarłem.

– O czym ty mówisz?

Spojrzała na mnie zbyt spokojnie.

– Zawsze jest tak samo. Wrzesień. Zaczynasz się rozjeżdżać. Potem wraca Ona.

Nie odpowiedziałem. Nie wiedziałem co.

– Gdzie tym razem?

Podniosłem wzrok. Patrzyła prosto na mnie. Nie było w tym spojrzeniu wściekłości ani zawodu zdradzanej kobiety. Jak ona może tak spokojnie o tym ze mną rozmawiać? Nagle poczułem coś, czego nie czułem od bardzo dawna. Strach.

Biała w milczeniu poczekała aż chłopcy skończyli jeść. Zabrała ich talerze i prostym gestem odesłała z kuchni. Zamknęła drzwi. Wyjęła dwa kieliszki i cicho postawiła na stole. Bez najmniejszego zawahania wyjęła z lodówki butelkę czystej wódki i sprawiedliwie rozlała jej zawartość.

– W autobusie? W naszym domu?

– Tutaj. – powiedziałem cicho.

Biała skinęła głową, jakby tylko potwierdziła coś, co już wiedziała.

Sięgnęła po kieliszek. Wypuściła powietrze i przełknęła całą jego zawartość. Zrobiłem to samo.

– Skąd wiesz o Niej? – spytałem z wahaniem.

Nie odpowiedziała od razu. Wstała, podeszła do szafki, w której trzymała zeszyty z przepisami i wyjęła teczkę na dokumenty. Podniszczone rogi, rozciągnięta gumka. Położyła ją przede mną. Cofnąłem ręce z blatu, jakbym bał się, że mnie oparzy.

– Bo to nie pierwszy raz, kiedy Ją widzisz.

– Nie rozumiem.

– Nie rozumiesz… – powtórzyła cicho.

Usiadła naprzeciwko mnie. Wolno, jakby dawała sobie czas na ułożenie w głowie słów.

– Nigdy nie widziałeś jej naprawdę.

Poczułem jak wnętrzności podjeżdżają mi pod gardło.

– Co ty pierdolisz..?

– Nigdy. – przerwała mi. – Poza tym jednym, pierwszym razem.

Cisza. Biała powoli otworzyła teczkę.

– Ona wsiadła do twojego autobusu tylko raz. – powiedziała.

Serce zaczęło mi walić.

– Nie.

– Raz. – powtórzyła. – Tego dnia, kiedy się poznaliście.

Kręciłem głową.

– Nie.

– Wysiała przystanek przed pętlą.

Znałem tę historię. To był początek wszystkiego.

– I już nigdy nie wróciła. – Biała patrzyła mi w oczy. – Wiesz dlaczego?

Nie odpowiedziałem. Nie chciałem. Biała przesunęła w moją stronę zawartość teczki.

– Popatrz.

Palce miałem nienaturalnie ciężkie. Spojrzałem na stół. Pożółkły dokument z nagłówkiem Protokół i pieczątką Komendy Miejskiej Policji. Przesunąłem go na bok. Zdjęcia. Kilka. Kolorowe. Na większości widoczna czarno-biała policyjna skala. Granatowe paznokcie. Rozchylone usta. Te same oczy.

Ona.

Oddech uwiązł mi w gardle.

– Kim ona jest… – wyszeptałem.

Biała patrzyła na mnie długo. Nalała do kieliszków. Wypuściła powietrze.

– Była. – poprawiła mnie.

Wzdłuż kręgosłupa rozlało mi się zimno.

– Zginęła tego dnia.

Cisza.

– Wysiadła z twojego autobusu. Weszła prosto pod samochód.

Nie. Nie. Nie!

– Kłamiesz.

– Byłeś tam. – w głosie Białej nie było emocji. – Widziałeś to.

Pokręciłem gwałtownie głową.

– Nie pamiętam.

– Bo nigdy nie chciałeś pamiętać.

Słowa wbijały się we mnie niczym gwoździe.

– Rozmawiałeś z policją, złożyłeś zeznania. Mówiłeś, że patrzyłeś w lusterko.

Obraz. Lusterko. Trzeci rząd. Jej oczy.

I nagle… Huk. Czerwone światło rozlewające się po wilgotnym asfalcie.

Oderwałem się od stołu.

– Nie…

– To wtedy zacząłeś ją widzieć.

Oddychałem płytko.

– To nieprawda!

– Każdej jesieni. – dodała. – Zawsze tak samo.

Spojrzałem na nią.

– Dlaczego mi nie powiedziałaś?

Uśmiechnęła się. Ale nie był to ciepły uśmiech.

– Mówiłam.

Zamarłem.

– Wiele razy.

Krzesło, na którym siedziałem, stół, o który oparłem łokcie, nawet ściany kuchni w której siedzieliśmy zaczęły falować.

– I co?

– I za każdym razem… zapominałeś.

Ciężka. Gęsta. Lepka. Cisza.

– Ale dzisiaj… – głos mi się załamał. – Ona była taka… prawdziwa.

– Dla ciebie zawsze była.

Przełknąłem ślinę.

– Nie. – pokręciłem głową. – Ja znam jej dotyk. Ciało nie może się mylić.

Milczała. Długo.

– To niemożliwe. – powiedziała w końcu.

Patrzyłem na nią.

– A co jeśli… – zacząłem – to nie jest tak, że to ja ją widzę?

Zmarszczyła brwi.

– Co masz na myśli?

Uśmiechnąłem się. Nie wiem skąd przyszła ta myśl ale ogrzała moje zlodowaciałe wnętrze.

– A co jeśli to Ona wróciła?

Biała znieruchomiała. Pierwszy raz od bardzo dawna widziałem w jej oczach emocje.

Przypomniałem sobie. Przypomniałem sobie wszystko. Przypomniałem sobie coś jeszcze. Coś, co wyparłem głębiej niż wszystko inne.

To nie był zwykły wypadek.

Ja nie patrzyłem w lusterko. Odwróciłem wzrok za późno. Bo patrzyła na mnie. Dokładnie tak, jak dzisiaj. I uśmiechała się.

Zanim weszła wprost pod nadjeżdżający samochód.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *