Znalazłam go w miejscu, w którym ludzie zwykle gubią ważne dla siebie rzeczy — na granicy dnia i wieczoru, pomiędzy jednym gorącym oddechem miasta a drugim. Należał wtedy do dziewczyny o szczerym uśmiechu, pełnej naiwności w ten konkretny sposób, w jaki może być niewinna tylko bardzo młoda osoba. Nie był mi potrzebny ale jego obecność była odświeżająca.
Najpierw przyszła lekkość.
Włóczyliśmy się nocami od baru do baru. Piliśmy gorzkie piwo, śpiewaliśmy nieprzyzwoite piosenki, zaciągaliśmy się dymem z tego samego papierosa.
Rozmawialiśmy o rzeczach nieważnych albo spieraliśmy się czy lepsza jest grejpfrutowa herbata czy parzona kawa z mlekiem.
Niektóre sprawy zaczynają się tak niepozornie, że człowiek orientuje się dopiero wtedy, gdy jest już za późno.
Potem przyszła głębia.
Siedzieliśmy obok siebie na drewnianej ławie. Za blisko jak na ludzi, którzy wciąż byli tylko znajomymi. Powiedział wtedy coś zupełnie zwyczajnego, a ja nagle poczułam, że w tym zdaniu jest więcej ciepła niż w całym moim ubiegłym tygodniu.
Namiętność zaczęła się wprowadzać powoli – najpierw do rozmów, potem do gestów, aż w końcu zajęła umysł jak dziki lokator, który nie pyta o zgodę.
Była jak ocean: piękny, niespokojny, nie do opanowania.
Jedyne, co mogliśmy zrobić, żeby nie utonąć, to uciekać od jego brzegu. Każde w inną stronę.
Spotkaliśmy się ponownie późną jesienią.
Miasto było wtedy szare jak stara fotografia. Liście przyklejały się do chodników, a ludzie chodzili szybciej niż zwykle, jakby chcieli uciec przed własnymi myślami. On powiedział:
– Listopad jest uczciwy. Nie udaje, że jest pięknie.
Polubiłam to zdanie. Może dlatego, że w tamtym czasie też nie udawałam.
Miłość przyszła cicho.
Usiadła między nami na podłodze pokoju w bloku z wielkiej płyty. Najpierw słuchała. Potem zaczęła mówić naszym głosem.
Pamiętam dzień, kiedy pierwszy raz pomyślałam, że to jest poważne.
Padał śnieg z deszczem. Drobny, uparty, który nie robi ani spektakularnych zasp, ani wielkich kałuży, ale powoli ubiera ulice w szarą breję.
Siedzieliśmy w przytulnej knajpce. Powiedziałam:
– Nie przyzwyczajaj się. Kiedyś Cię skrzywdzę.
Roześmiał się wtedy. Pewnie pomyślał, że ludzie zawsze mówią takie rzeczy, kiedy chcą zabrzmieć mądrze.
Nie wiedział, że mówię prawdę.
Nasze noce nie należały do rozsądku. Nie należały też do planów ani do przyszłości. Pod zaciśniętymi powiekami wybuchały kolorowymi fajerwerkami. Zamazywały wszelkie ziemskie granice. Były jak niekończąca się wycieczka do lunaparku.
Dni były tylko przecinkami, znakami przestankowymi wprowadzającymi porządek do naszego szalonego mikroświata.
Cień przyszedł ostatni
Tamtej styczniowej nocy miasto było ciche. Zbyt ciche. Jakby wiedziało, że dzieje się coś niezwykłego. Coś, co łatwo spłoszyć. Kochał mnie tak ostrożnie, tak delikatnie, jakby obawiał się, że zniknę. Splótł swoje palce z moimi.
– Będziesz ze mną na zawsze? – zapytał.
Długo nie odpowiadałam. Położyłam dłoń na jego karku i przyciągnęłam go z powrotem. Czasem odpowiedź nie potrzebuje słów.
Strach stanął w kącie już następnego dnia. Cichy, prawie niewidoczny. Jak cień, który wydaje się częścią ściany. Nie miał twarzy ale syczącym szeptem opowiadał mi o tym jak zaraz mój stabilny i przewidywalny do tej pory świat pęknie. Podsuwał obrazy jakie wykreować mogłaby tylko całkiem pozbawiona światła dusza.
Nie bałam się o siebie. Bałam się o niego.
Odeszłam w marcu.
Był pierwszy ciepły dzień po zimie. Ptaki krzyczały na drzewach, jakby świat właśnie się zaczynał.
Pomyślałam wtedy, że to bardzo niesprawiedliwe. Że kiedy coś takiego się kończy, przynajmniej pogoda powinna mieć przyzwoitość być brzydka.







