Studnia

Dom czekał.
Gdyby miał w sobie ludzki pierwiastek tęskniłby, pamiętał kroki i rozpoznawał dotyk dłoni chwytających klamki. Ale nie ma. Ma za to mury, które przez kilkadziesiąt lat nasiąkały parą z gotowanych kartofli, dymem z pieca, oddechami śpiących ludzi, kwaśnym potem i słodkawym zapachem świątecznych ciast. To wszystko siedzi teraz w ścianach jak patolokator nie płacący czynszu. Nie eksmitujesz. Możesz co najwyżej zamalować na biało i udawać, że nie przełazi.

Studnia

Dom czekał.

Gdyby miał w sobie ludzki pierwiastek tęskniłby, pamiętał kroki i rozpoznawał dotyk dłoni chwytających klamki. Ale nie ma. Ma za to mury, które przez kilkadziesiąt lat nasiąkały parą z gotowanych kartofli, dymem z pieca, oddechami śpiących ludzi, kwaśnym potem i słodkawym zapachem świątecznych ciast. To wszystko siedzi teraz w ścianach jak patolokator nie płacący czynszu. Nie eksmitujesz. Możesz co najwyżej zamalować na biało i udawać, że nie prześwituje.

Stałam przed furtką i patrzyłam na ten nasz rodzinny przybytek. Płot przekrzywiony, jakby ktoś mu przez całe życie opowiadał złe wiadomości tylko do jednego ucha. Dach miejscami obsiadły mchem. Okna ślepe, z firankami pożółkłymi od starości. W ogródku stary rozłożysty kasztanowiec i czarne kikuty po ubiegłorocznych malwach, sterczące z zamarzniętej ziemi, nieruchome i niewrażliwe na nic. Zupełnie jak matka pod koniec.

W ręce trzymałam siatkę z Biedronki. W siatce chleb, masło, cytryny, pudełko herbaty i makowiec. Makowiec kupny. Taki w tekturkowym korytku, z twardym lukrem nierówno rozprowadzonym po wierzchu. Matka by się przeżegnała, gdyby mogła.

Nie mogła.

Od trzech miesięcy leżała na cmentarzu, nad ojcem. Ta dominująca pozycja zdawała się być dopełnieniem ich wieloletniego pożycia małżeńskiego. Nie wiem, kto tam układa te niebiańskie plany miejsc, ale poczucie humoru ma co najmniej niepokojące.

Otworzyłam furtkę biodrem. W przeciągłym skrzypnięciu usłyszałam pretensję.

– Nie zaczynaj – powiedziałam do niej.

Człowiek po siedemdziesiątce rozmawia z przedmiotami bez wstydu. Nie dlatego, że głupieje. Dlatego, że przedmioty przynajmniej nie przerywają.

Na podwórku cienką warstwą leżał śnieg. Ukrywał błoto, wygładzał kształty ale nie zmieniał całkowitego obrazu nędzy rozpadających się komórek. Zupełnie jak puder na twarzy trupa. Niby poprawia, a jednak wiadomo…

Klucz nie chciał wejść w zamek. Przez chwilę mocowałam się z drzwiami, zastanawiając czy ten niemy opór materii jest intencjonalny, czy to jednak tylko zwykły przypadek. W końcu ustąpiły. W środku uderzył mnie stęchły chłód. Postawiłam siatkę na stole. Ten sam stół. Dębowy, ciężki, porysowany nożami, poparzony garnkami, z jedną nogą odrobinę krótszą od pozostałych. Ojciec podkładał pod nią kiedyś złożony kawałek „Trybuny Ludu”. Potem matka tekturkę z opakowania po budyniu.

Zdjęłam płaszcz, choć nie wiem po co. W domu panował taki ziąb, że oddychałam z poczuciem winy, jakby każde wypuszczone z ust ciepło było marnotrawstwem.

Włączyłam czajnik elektryczny przywieziony tydzień wcześniej. Matka całe życie gotowała wodę na piecu, a gdy dostała od nas czajnik, patrzyła na niego z nieufnością należną urządzeniom, które mogły samodzielnie doprowadzić do końca świata.

– Prąd żre – powiedziała wtedy.

Żarła to ją choroba, samotność i gniew, ale czajnik był według niej większym problemem.

Usiadłam na krześle pod oknem. W tym domu nikt nie miał swojego krzesła, a jednak każdy wiedział, gdzie mu nie wolno siadać. Ojciec siedział przy długim boku stołu. Matka przy piecu. Rysiek przy drzwiach, bo zawsze był jedną nogą na zewnątrz. Celina na ławie, z kolanami podciągniętymi pod brodę, drobna, jasna, najładniejsza z nas. A ja?

Ja zwykle stałam.

Tak wyszło.

Zegar nad kredensem zatrzymał się na czwartej dwadzieścia. Nie wiem, czy rano, czy po południu. To bez znaczenia. W tym domu wiele rzeczy zatrzymało się w porze, której nikt nie zapamiętał dokładnie, ale wszyscy czuli ją w ciele.

O czwartej dwadzieścia mogło się dostać lanie. O czwartej dwadzieścia mogła wykipieć zupa. O czwartej dwadzieścia Janek mógł jeszcze żyć.

Usłyszałam samochód.

Najpierw warczenie silnika, potem chrupanie śniegu pod oponami, wreszcie kaszel wydechu, który brzmiał jak stary palacz próbujący udowodnić wszystkim, że jeszcze pożyje. Rysiek.

Wstałam i odruchowo poprawiłam włosy. To głupie. Mój brat miał siedemdziesiąt cztery lata, aparat słuchowy, bajpasy i trzecią żonę w urnie na komodzie. Nie mógł się zdecydować, gdzie ją ulokować na stałe. A ja nadal poprawiałam włosy przed jego wejściem, jakbym miała dwanaście lat i czekała aż powie, że wyglądam jak dziewczyna z miasta.

Nie powiedział nigdy.

Drzwi otworzyły się gwałtownie.

– Hanka! – krzyknął od progu. – Ty tu siedzisz po ciemku?

– Dzień dobry brzmiałoby lepiej.

– Dzień dobry. Czemu siedzisz po ciemku?

– Bo widzę.

Spojrzał na mnie spod krzaczastych brwi. Z wiekiem zrobił się podobny do ojca i chyba wiedział o tym.

– Zimno tu jak w dupie u grabarza – powiedział, zdejmując czapkę.

– Grabarz przynajmniej ma stałe zatrudnienie.

Parsknął.

To był dobry znak. Jeszcze nie zdążyliśmy się pokłócić.

Rysiek wszedł do kuchni z reklamówką. Wyjął z niej butelkę żołądkowej, słoik śledzi, chleb krojony i pudełko ciastek delicji.

– Na stypę się spóźniłeś trzy miesiące – powiedziałam.

– To na zebranie rodzinne.

– Z alkoholem?

– Bez alkoholu to nie zebranie rodzinne, tylko mediacja.

Postawił butelkę na stole z taką godnością, jakby wnosił relikwie. Potem rozejrzał się po kuchni. Jego wzrok zahaczył o kredens, piec, zegar, święty obrazek z Sercem Jezusa, które świeciło zza szkła różową, anatomiczną surowością.

– Nic się nie zmieniło. – mruknął.

– Matka umarła.

– Poza tym.

Nie odpowiedziałam.

Czajnik kliknął. Wstałam, żeby zalać herbatę. Rysiek wyjął z kieszeni blister tabletek, jedną wydłubał paznokciem i położył na języku.

– Na co to? – spytałam.

– Na wszystko.

– Dobry lek.

– Drogi.

Zaparzyłam herbatę w trzech szklankach. Celina miała przyjechać autobusem. Oczywiście. Celina zawsze przyjeżdżała tak, żeby ktoś musiał po nią wyjść, poczekać, pomóc z torbą, zapytać czy nie zmarzła. Już wtedy, gdy miała pięć lat, potrafiła wchodzić do pokoju jak powód, dla którego wszyscy pozostali zostali stworzeni.

– Dzwoniła? – zapytał Rysiek.

– Rano.

– Płakała?

– Nie.

– To będzie płakać tutaj.

Miał rację.

Celina od dziecka miała łzy na zawołanie. Ja miałam złość. Rysiek miał nogi do uciekania. Każdy bierze z domu to, co dostępne.

Usiedliśmy naprzeciwko siebie. Przez chwilę słychać było tylko ciche, niezgrane przechodzenie powietrza przez nasze nosy. Jakby każde z nas grało inny gatunek muzyki.

– Trzeba zdecydować – powiedział Rysiek.

– Wiem.

– Dom się sam nie sprzeda.

– A kto powiedział, że się sprzeda?

Popatrzył na mnie uważnie.

– Hanka.

Jedno słowo. A zmieścił w nim wszystko: że jestem uparta, że znowu będę robić po swojemu, że całe życie siedziałam na tej wsi jak pies na łańcuchu i teraz chcę, żeby wszyscy podziwiali długość łańcucha.

– Co Hanka?

– Nie wygłupiaj się.

– To rodzinne. Od strony matki.

Westchnął. Wyjął papierosa, obejrzał go z miłością, poobracał między palcami i schował z powrotem.

– Lekarz mi zabronił.

– Rozsądny człowiek.

– Idiota. Młodszy od mojego syna. Mówi do mnie „panie Ryszardzie, w tym wieku”. A ja mu mówię: chłopcze, w tym wieku to ja miałem już dwa groby za sobą, kredyt, wrzody i córkę w ciąży. Nie ucz ojca dzieci robić.

– I co on?

– Wpisał mi nadciśnienie i zwyrodnienia w kręgosłupie.

Uśmiechnęłam się mimo woli.

To było najgorsze w Ryśku – można było go nienawidzić, budować w sobie tę złość na niego starannie, tak jak haftuje się serwetę na świąteczny stół, a potem on mówił coś takiego i cała robota szła w diabły.

Za oknem przejechał autobus. Celina powinna nim przyjechać. W szybie zobaczyłam własną twarz. Pomarszczoną, bladą, z ustami zaciśniętymi w kreskę. Twarz kobiety, która za długo była dzielna i teraz nie bardzo umie przestać, bo dzielność przykleiła jej się do skóry jak plaster do źle wygojonej rany.

– Masz listę rzeczy? – spytał Rysiek.

– Jakich rzeczy?

– Do podziału.

Zaśmiałam się krótko.

– Chcesz dzielić matczyne garnki?

– Nie mówię, że ja chcę. Ale Celina będzie chciała.

– Ona weźmie zdjęcia.

– I serwis.

– Serwis jest obtłuczony.

– Tym bardziej. Będzie mówić, że ma duszę.

– Waza ma pęknięcie.

– To tak jak każdy z nas. Tylko wazę łatwiej wymienić na inną.

Tym razem ja parsknęłam.

Weszła Celina. Nie zapukała. Otworzyła drzwi i stanęła w progu w jasnym płaszczu, z apaszką pod szyją, w kozakach na słupku, zupełnie nie na nasze błoto. Miała siedemdziesiąt dwa lata i nadal wyglądała, jakby życie obchodziło się z nią ostrożniej niż z resztą ludzi. Oczywiście to nie była prawda. Życie nikogo nie traktuje ulgowo. Co najwyżej niektórym daje ładniejsze opakowanie na stłuczki.

– Jezu, jak tu zimno – powiedziała.

– Rodzinne powitanie mamy już za sobą – mruknęłam.

Celina spojrzała na mnie, potem na Ryśka, potem na butelkę.

– Będziecie pić?

– Będziemy się dezynfekować od środka – powiedział Rysiek.

Zdjęła płaszcz. Pod spodem miała elegancki sweter w kolorze ecru. W wyobraźni już widziałam kolor mankietów po kilku godzinach pobytu w domu rodzinnym.

Podeszła do pieca i położyła na nim dłoń.

– Nie napaliłaś?

– W piecu? Nie. Czekałam aż przyjedziesz i powiesz mu coś ciepłego.

– Hanka, proszę cię.

No i proszę. Minęły trzy minuty.

Celina usiadła na ławie. Swojej, oczywiście. Torebkę położyła obok, jakby było żywym stworzeniem wymagającym odpowiednich warunków.

– Śniła mi się mama – powiedziała.

Rysiek zamknął oczy.

– Zaczyna się.

– Nie bądź ordynarny.

– To nie ordynarność, to doświadczenie.

Celina zignorowała go z godnością osoby, która przez całe życie skutecznie ignorowała rzeczy niewygodne.

– Stała przy studni – powiedziała cicho.

W kuchni zrobiło się inaczej. Jakby ktoś uchylił drzwi do pomieszczenia, którego nie było na planie domu, ale wszyscy wiedzieliśmy, że istnieje.

Rysiek spojrzał na mnie. Ja spojrzałam w okno. Przy stodole, pod starą gruszą, stała studnia. Zabetonowana od lat. Ojciec przykrył ją ciężką płytą, gdy już było po wszystkim. Powiedział wtedy, że nie będzie przecież dziury na środku podwórka trzymał, bo jeszcze jakaś krowa nogę złamie.

Krowa.

Janek miał trzy lata.

– Nie zaczynaj z tą studnią – powiedziałam.

Celina zdjęła rękawiczki palec po palcu.

– Ja tylko mówię, co mi się śniło.

– Sny są wytworem pracy naszych ośrodków nerwowych. Jak nieuporządkowane, przypadkowe impulsy elektryczne.

– Była spokojna i łagodna.

– Matka?

Rysiek roześmiał się sucho.

– Chyba ci się z kimś pomyliła.

Celina popatrzyła na niego z wyrzutem.

– Po śmierci ludzie się zmieniają.

– Na pewno. Robią się cichsi.

– Jesteś okropny.

– Jestem stary.

Podałam Celinie herbatę. Wzięła szklankę obiema dłońmi i przez chwilę ogrzewała palce. Paznokcie miała pomalowane na jasny róż. Moje były krótkie, nierówne, z ciemną obwódką po ziemi z doniczek.

– Musimy porozmawiać spokojnie – powiedziała Celina.

– To mów spokojnie – odparł Rysiek.

– O domu. O rzeczach. O mamie.

– Matka już nie wymaga omówienia. Została omówiona przez lekarza, księdza i zakład pogrzebowy.

– Rysiek!

– No co? Leży? Leży. Wieczny odpoczynek? Raczej tak. Chociaż matka i z odpoczynku potrafiłaby zrobić obowiązek.

Celina przycisnęła chusteczkę do nosa.

– Nie mów tak.

– A jak mam mówić? Że była ciepła? Że tuliła? Że jak wracałem ze szkoły z rozbitym kolanem, to całowała w czoło i dmuchała? Nie pamiętam. Może jak rozdawali takie matki to akurat byłem w toalecie?

Poczułam ukłucie pod mostkiem.

– Była, jaka była – powiedziałam.

Rysiek obrócił głowę w moją stronę.

– O, i to jest najgorsze zdanie świata.

– Dlaczego?

– Bo nim można zakopać wszystko. Przemoc, upokorzenie, strach. Był, jaki był. Była, jaka była. Niech spoczywa. Amen. A człowiek potem chodzi po świecie z tym amen w gardle i nie może ani przełknąć, ani wyrzygać.

Celina rozpłakała się bezgłośnie. Łzy spływały po jej policzkach cienkimi ścieżkami. Pięknie płakała. Jak aktorki w starych filmach. Ja płakałam zawsze brzydko, z opuchniętym nosem i dźwiękami chorej kozy.

– Nie musimy dzisiaj – wyszeptała.

– Musimy – powiedziałam.

Oboje spojrzeli na mnie.

Wstałam. Podeszłam do kredensu. W drugiej szufladzie, pod haftowanymi serwetkami, matka trzymała metalowe pudełko po herbatnikach. Angielskie. Dostała je kiedyś od księdza po kolędzie. Ksiądz miał rodzinę w Londynie albo Liverpoolu, nie pamiętam. Na wieczku była dziewczynka w czerwonym płaszczu karmiąca łabędzie. Czy łabędzie mogą jeść ciastka?

Wyjęłam pudełko.

Rysiek zesztywniał.

– Co tam masz?

Postawiłam je na stole.

– Matka zostawiła.

Celina otarła policzki.

– Co?

Nie odpowiedziałam od razu. Palce mi zdrętwiały. Ze starości, zimna albo strachu. Otworzyłam pudełko. W środku leżał różaniec, dwie obrączki związane nitką, zdjęcie Janka i koperta. Na kopercie widniały nasze imiona: Hanna, Ryszard, Celina.

Nie dzieci. Nie moje. Imiona. Gołe jak kamienie na miedzy.

– Kiedy to znalazłaś? – spytał Rysiek.

– Po pogrzebie.

– Trzy miesiące temu?

– Tak.

– I nic nie powiedziałaś?

– Mówię teraz.

– Hanka…

W jego głosie było coś, czego nie słyszałam dawno. Ból. Stary, zardzewiały, ale nadal ostry.

Celina wyciągnęła rękę do koperty, ale cofnęła ją, zanim dotknęła papieru.

– Czytałaś?

Skinęłam głową.

– Sama?

– A z kim? Z listonoszem?

Rysiek uderzył dłonią w stół. Szklanki podskoczyły, herbata rozlała się ciemną plamą na ceratę.

– Całe życie tak robisz! Wszystko trzymasz w garści. Klucze, papiery, choroby, pretensje. Matkę trzymałaś do końca, teraz trzymasz jej list. Co jeszcze? Akt własności księżyca? – wzburzony wstał od stołu.

– Ty za to całe życie puszczałeś. Dom, nas, swoje dzieci, żony, robotę, jak ci się nie podobała.

– Bo tu się nie dało oddychać!

– A ja mogłam?

– Ty chciałaś być święta.

Zaśmiałam się. Głośno, brzydko.

– Święta? Ja? Rysiu, ja czasem myłam matce tyłek i wyobrażałam sobie, że przy okazji utopię ją w tej samej misce. Taka ze mnie święta. Kanonizować z dopiskiem: patronka odleżyn i niewypowiedzianych przekleństw.

Celina zakryła usta dłonią.

– Hanka…

– Co? Brzydko? Starość jest brzydka, Celinko. Choroba jest brzydka. Miłość też czasem jest brzydka, zwłaszcza jak co drugi dzień trzeba ją prać w dziewięćdziesięciu stopniach, bo inaczej śmierdzi moczem.

Zapadła cisza.

Za oknem wiatr poruszył gałęziami kasztanowca. Zaskrzypiały o siebie jak kości.

Rysiek usiadł ciężko. Nalał wódki do trzech kieliszków.

– Czytaj – powiedział.

– Może nie teraz – szepnęła Celina.

– Teraz – odpowiedziałam.

Wyjęłam list. Papier był cienki, zapisany nierównym pismem matki. Pod koniec ręka już jej drżała. Litery chwiały się jak pijani ludzie wracający z dożynek.

Z trudem odczytywałam szlaczki.

„Dzieci.

Nie wiem, czy dobrze robię, że piszę. Człowiek całe życie nie mówi, a potem mu się na koniec zachciewa słów. To też pycha może być. Ksiądz by powiedział, że trzeba się wyspowiadać. Ja tam księdzu wszystkiego mówić nie będę, bo on młody a poza tym co on wie o dzieciach.

Piszę, bo nie chcę, żebyście zabrali to ze sobą dalej.

Janek nie umarł przez was.”

Celina wydała z siebie dźwięk tak cichy, że bardziej go zobaczyłam niż usłyszałam. Jakby coś pękło w jej gardle.

Czytałam dalej.

„Hanka, ty miałaś dziesięć lat. Nie byłaś matką. Rysiek, ty miałeś osiem. Nie byłeś ojcem. Celinka była mała. Ja kazałam wam pilnować Janka. Ja poszłam do obory. Ja słyszałam, że płacze, i pomyślałam: zaraz. Zawsze się myśli zaraz. A potem zaraz robi się nigdy.

Wasz ojciec też słyszał. Powiedział potem, że nie słyszał. Kłamał. Ja wiedziałam, że kłamie. Nie powiedziałam nic, bo bałam się bardziej żywego chłopa niż martwego dziecka. Za to Bóg mnie rozliczy, jeśli jest dokładny.

Nie byliście winni. Ale pozwoliłam, żebyście tak myśleli.

Bo jak w domu jest śmierć, to ona musi na kimś usiąść. Usiadła na was, bo byliście mali i nie umieliście jej zrzucić.”

Przerwałam.

Litery zaczęły mi pływać. Zdjęłam okulary, przetarłam szkła końcem swetra. Głupi odruch, bo to nie okulary były mokre.

Rysiek siedział nieruchomo. Tylko żuchwa chodziła mu pod skórą. Celina płakała już normalnie. Po ludzku. Z czerwonym nosem. Trochę mnie to pocieszyło.

– Dalej – powiedział Rysiek.

Czytałam.

„Hanka, nie musiałaś zostawać. Nie musiałaś mi podawać leków, nosić węgla, słuchać mojego gderania. Nie byłam dla ciebie dobra. Nie umiałam. Jak się człowiek nauczy tylko zaciskać zęby, to potem nie wie, jak rozchylić usta do czułego słowa. Ty byłaś najstarsza, więc zrobiłam z ciebie drugą siebie. To było hodowanie, nie wychowanie.

Rysiek, nie uciekłeś dlatego, że byłeś zły. Uciekłeś, bo miałeś nogi. I dobrze. Ktoś musiał sprawdzić, czy za naszą drogą jest jeszcze świat.

Celina, ciebie chroniłam najbardziej, bo byłaś najmniejsza, a może dlatego, że przy tobie mogłam udawać, że w tym domu zostało coś ładnego.

Dom sprzedajcie albo spalcie. Mi wszystko jedno. Tylko studni nie rozkopujcie. Nie dlatego, że tam straszy. Straszy w człowieku, nie w ziemi.

Matka.”

To wszystko.

Żadnego „kocham”. Żadnego „wybaczcie”. Matka nawet po śmierci była oszczędna jak przy wydzielaniu cukru w stanie wojennym.

Położyłam list na stole.

Rysiek wziął kieliszek, wypił, zakrztusił się i przez chwilę kasłał tak, że aż poczerwieniał.

– No – powiedziałam. – Spektakularne zejście po jednym kieliszku.

Spojrzał na mnie, a potem zaczął się śmiać. Najpierw cicho, potem coraz głośniej. Celina patrzyła na niego z przerażeniem, ale po chwili też parsknęła przez łzy. Ja wytrzymałam najdłużej, czyli jakieś trzy sekundy.

Śmialiśmy się przy stole w zimnej kuchni, nad listem umarłej matki, nad kupnym makowcem i śledziami z promocji. Śmiech odbijał się od ścian, wpadał do kredensu, potrącał filiżanki, siadał na piecu. Był nieprzyzwoity. Na granicy histerii. Bardzo potrzebny.

– Matka napisała „spalcie” – wydusił Rysiek. – Wyobrażasz sobie? Ona, co całe życie oszczędzała, jajek nam nie pozwalała jeść, bo trzeba sprzedać, łaty naszyte na dziury cerowała, bo szkoda, teraz by dała z dymem puścić?

– Może po śmierci priorytety inne – powiedziałam.

Celina śmiała się i płakała jednocześnie. Wyglądała jak ktoś, kto próbuje wypchnąć z siebie siedemdziesiąt lat powietrza.

Potem śmiech opadł.

Nie nagle. Powoli. Jak kurz po zamknięciu długo nieużywanej szafy.

– Ja pamiętam inaczej – powiedziała Celina.

Jej głos był mały.

Rysiek nalał wódki jeszcze raz, ale tym razem nikt nie sięgnął po kieliszek.

– Jak? – spytałam.

Patrzyła na swoje dłonie.

– Pamiętam, że Janek chciał iść za mną. Ja miałam lalkę. Tę z jednym okiem. Nie chciałam, żeby mi zabierał. Uciekałam przed nim. On płakał. Potem… potem już nie wiem. Przez całe życie myślałam, że gdybym się zatrzymała…

– Miałaś pięć lat – powiedział Rysiek.

– Cztery i pół.

– No widzisz. Nawet podatku by z ciebie nie ściągnęli.

Uśmiechnęła się słabo.

– A ty? – zapytała go.

Rysiek odchylił się na krześle. Spojrzał w sufit.

– Ja pamiętam, że ojciec kazał mi trzymać deskę. Naprawiał coś przy stodole. Janek płakał, ty krzyczałaś, Hanka była w kuchni albo przy krowach. Nie wiem. Chciałem pójść, ale ojciec powiedział, że jak puszczę, to mi ręce połamie. Więc trzymałem.

Przełknął ślinę.

– Deska była lekka. Mogłem puścić.

– Miałeś osiem lat – powiedziałam.

– I ręce. Dwie.

– Małe.

Popatrzył na mnie. W jego oczach zobaczyłam chłopca. Chudego, brudnego, z wiecznie obtartymi kolanami. Chłopca, któremu ojciec mówił, że jest nic niewart, dopóki ten chłopiec w to nie uwierzył, a potem spędził resztę życia na udowadnianiu obcym kobietom, przełożonym i własnemu odbiciu w lustrze, że jednak coś znaczy.

– A ty? – zapytał.

Nie chciałam mówić.

Naprawdę nie chciałam. Są wspomnienia, które trzyma się w sobie jak kamienie w kieszeniach. Ciężkie, ale znane. Jak się je wyrzuci, nagle nie wiadomo, jak iść.

– Ja pamiętam mleko – westchnęłam i powiedziałam w końcu. – Garnek z mlekiem. Matka kazała mi pilnować, żeby nie wykipiało. Janek płakał. Myślałam, że znowu chce na ręce. Byłam zła. Byłam ciągle zła, bo wszystko było moje. Garnek, dziecko, ziemniaki, Celina, ty, matka, ojciec, kury, nawet mucha na oknie pewnie też była moja do dopilnowania.

Zacisnęłam dłonie na kolanach.

– Mleko wykipiało. Pobiegłam do pieca. A potem usłyszałam krzyk.

Tyle.

Trzy wersje. Każda prawdziwa. Każda niepełna.

Celina wzięła zdjęcie Janka z pudełka. Mały chłopiec w krótkich spodenkach, z poważną miną i lokiem przyklejonym do czoła. Stał obok drewnianego konika. Ojciec zrobił tego konika z odpadów po remoncie obory albo chlewu. Dziecko dostało zabawkę z resztek. W sumie niezłe streszczenie relacji w naszej rodzinie.

– Ja prawie nie pamiętam jego twarzy – powiedziała.

– Bo patrzysz na zdjęcie od siedemdziesięciu lat – odparł Rysiek. – Zdjęcie wyżarło twarz.

Celina dotknęła palcem brzegu fotografii.

– Mama trzymała to w pudełku.

– Matka trzymała wszystko – powiedziałam. – Rachunki za nawozy z osiemdziesiątego drugiego też.

– Nie wszystko – mruknął Rysiek.

Wiedziałam, co ma na myśli.

Nie trzymała nas.

Wstałam, bo zrobiło mi się duszno. Narzuciłam płaszcz i wyszłam na podwórko. Mróz uderzył w policzki. Dobrze. Potrzebowałam tego.

Studnia stała pod gruszą.

Płyta była popękana. Na środku wyrósł mech, zielony mimo zimy. Podeszłam bliżej. Kiedyś studnia miała drewniany daszek i kołowrót. Pamiętam skrzypienie łańcucha. Wiadro obijające się o cembrowinę. Chłód wody wyciąganej z głębi. Ojciec mówił, że dobra woda musi mieć smak kamienia.

Po Janku woda miała smak winy.

Usłyszałam za sobą kroki. Rysiek. Oczywiście. Celina pewnie została w kuchni, żeby płakać w cieple herbaty.

– Nie stój tak blisko – powiedział.

– Bo co? Wpadnę do zabetonowanej studni?

– Ty wszystko potrafisz zrobić na złość.

Stanął obok mnie. Przez chwilę patrzyliśmy razem na płytę.

– Myślisz, że on tam jeszcze jest? – zapytał.

– Janek?

– Nie. Ojciec Święty. Jasne, że Janek.

– Nie. Wyciągnęli go przecież.

– Wiem.

Milczeliśmy.

Wiatr przeszedł po podwórku, podniósł trochę śniegu i rzucił nam pod nogi. Jakby bez przekonania zamiatał.

– Hanka.

– Co?

– Ja nie przyjeżdżałem, bo się bałem.

Spojrzałam na niego.

– Matki?

Pokręcił głową.

– Ciebie.

To mnie zaskoczyło. Głupio, bo w tym wieku człowieka mało co powinno jeszcze zaskakiwać. Najwyżej wynik morfologii.

– Mnie?

– Ty pamiętałaś za nas wszystkich. Jak tu przyjeżdżałem, patrzyłaś na mnie tak, jakbyś miała w oczach cały dom. Ojca, matkę, Janka, moją ucieczkę, swoje zostanie. Wszystko. Nie umiałem tego udźwignąć.

Poczułam, że złość podnosi głowę. Już chciała wyskoczyć, szczeknąć, ugryźć. Stara, wierna suka. Pogłaskałam ją w myślach po łbie i kazałam leżeć.

– Ja też nie umiałam – powiedziałam. – Tylko nikt mnie nie spytał.

Rysiek skinął głową.

– Wiem.

Jedno małe „wiem”. Spóźnione o pół wieku, ale przyszło. Człowiek nie powinien być pazerny. Po siedemdziesiątce trzeba brać nawet spóźnione słowa.

Z domu wyszła Celina. W płaszczu zarzuconym na ramiona, z makowcem na talerzu.

– Przyniosłam ciasto – powiedziała.

– Do studni? – zapytał Rysiek.

– Nie wiedziałam, co zrobić z rękami.

Podała nam po kawałku. Lukier pękał pod palcami, mak sypał się na śnieg.

– Twardy – powiedział Rysiek, gryząc.

– Kupny – odparłam.

– Matka by powiedziała, że psa szkoda.

– Nie mamy psa.

– Tym lepiej dla psa.

Celina uśmiechnęła się. Stała między nami, wyższa niż kiedyś. A może to my wreszcie przestaliśmy robić z niej dziecko. Trudno powiedzieć.

– Co zrobimy z domem? – spytała.

Popatrzyłam na budynek. Na okna, za którymi ciemniała kuchnia. Na komin. Na próg starty butami kilku pokoleń. Na ściany, które wiedziały za dużo.

– Nie wiem – powiedziałam.

Rysiek aż odwrócił głowę.

– Ty nie wiesz?

– Zapisz datę. Może się nie powtórzyć.

Celina ścisnęła talerz.

– Ja nie chcę go sprzedawać obcym.

– A swoim? – spytał Rysiek. – Kto jest swój? Mój syn tu nie przyjedzie. Twoja córka dostanie alergii na sam widok pieca. Hanka już dosyć odsiedziała.

Odsiedziała.

Dobre słowo.

Dom rodzinny jak wyrok w zawieszeniu. Niby możesz wyjść, ale co jakiś czas musisz się meldować.

– Może poczekajmy do wiosny? – powiedziałam.

– Z czym?

– Ze wszystkim.

Rysiek splótł ręce na piersi.

– Czyli klasycznie. Nic nie robimy i udajemy, że to decyzja.

– Tak. Rodzinna tradycja. Trzeba pielęgnować.

Celina nagle podeszła do płyty nad studnią i położyła na niej kawałek makowca.

– Co ty robisz? – zapytał Rysiek.

– Daję Jankowi.

– Celina, myszy to zeżrą.

– To niech zeżrą.

– Janek nie był myszą.

– Rysiek!

– No co? Mówię tylko, że jak już robimy obrzędy pogańskie, to zachowajmy jakąś jakość.

Celina chciała się obrazić, ale nie dała rady. Śmiech wyszedł z niej krótki i mokry.

Ja też położyłam swój kawałek na płycie. Rysiek patrzył na nas jak na wariatki. Potem westchnął i dołożył swój.

– Proszę bardzo – powiedział. – Makowiec dla zmarłego brata. Jak jest tam jakiś catering, to się chłopak zdziwi.

Staliśmy tak we troje przed zabetonowaną studnią. Starzy, zmarznięci, śmieszni. Dzieci z pomarszczoną skórą i brązowymi plamami na niej. Dzieci z lekami w kieszeniach, sztucznymi biodrami, zaćmą, emeryturą i historią cięższą niż mokry kożuch z barana.

Nie stało się nic.

Nie otworzyło się niebo. Matka nie przemówiła z zaświatów, ojciec nie poprosił o wybaczenie, Janek nie wybiegł zza gruszy, w krótkich spodenkach, z lokiem przyklejonym do czoła.

Tylko wiatr przesunął trochę śniegu.

I może to wystarczyło.

Wróciliśmy do kuchni. Rysiek napalił w piecu, chociaż robił przy tym tyle hałasu, jakby co najmniej uruchamiał hutę. Celina zmywała szklanki w zimnej wodzie, bo bojler jeszcze nie działał. Ja szykowałam chleb.

– Masło twarde – powiedziała Celina.

– Bo zimno.

– Trzeba było wyjąć wcześniej.

– Trzeba było wiele rzeczy zrobić wcześniej – odparłam.

Spojrzałyśmy na siebie.

I żadna nie dodała nic więcej.

Rysiek usiadł na miejscu ojca. Zauważył to po chwili i chciał wstać, ale machnęłam ręką.

– Siedź.

– Nie przeszkadza ci?

– Krzesło nie dziedziczy charakteru po dupie siedzącego.

Celina zakrztusiła się herbatą.

– Hanka!

– Co?

– Nic. Po prostu… Matko Boska.

– Ona też już swoje słyszała.

Rysiek uśmiechnął się pod wąsem. Płomień z pieca rzucał mu na twarz ciepłe światło. Przez moment wyglądał nie jak ojciec, tylko jak mój brat. Ten dawny. Rysiek, który umiał gwizdać na palcach, kraść zielone jabłka i biec tak szybko, że psy sąsiada zostawały w tyle z urażoną ambicją.

Celina usiadła na ławie. Ja przy stole. Właściwie każdy zajął swoje miejsce. Ale inaczej.

List leżał między nami.

– Powinniśmy zrobić kopie – powiedziała Celina.

– Po co? – spytał Rysiek.

– Żeby każdy miał.

– Ja nie chcę.

– Dlaczego?

– Bo ja to już usłyszałem. Jak wezmę papier, będę czytał co wieczór i sprawdzał, czy dalej nie byłem winny. Nie będę karmił tego gada.

Pokiwałam głową.

– Zostanie tutaj – powiedziałam.

– W pudełku?

– Nie. Na stole.

Rysiek spojrzał na mnie uważnie.

– Na jak długo?

– Aż przestaniemy udawać, że go nie ma.

Celina przykryła list dłonią. Jej palce drżały.

– Myślicie, że ona nas kochała?

Pytanie zawisło nad stołem. Wielkie, niezgrabne, ciężkie.

Rysiek podrapał się po policzku.

– Po swojemu.

– Nienawidzę tego zdania – powiedziała.

– Ja też.

Spojrzała na mnie.

Nie wiedziałam. Naprawdę nie wiedziałam. Matka robiła nam kanapki do szkoły, ale kroiła chleb tak cienko, jakby każdy milimetr był osobistą stratą. Cerowała skarpety, ale nigdy nie pogłaskała po głowie. Pamiętała o lekarstwach, wywiadówkach, ale lepiej o terminach sadzenia cebuli. Nie pamiętam, żeby powiedziała któremukolwiek z nas, że jest szczęśliwa, że nas ma.

Może miłość czasem przychodzi na świat kaleka. Ma ręce do roboty, nie ma języka. Umie obrać ziemniaki, nie umie przytulić. Umie stać całą noc przy łóżku chorego dziecka, a rano powiedzieć tylko: „Wstawaj, bo szkoda dnia, obrządek czeka”.

Czy to wystarczy?

Nie wiem.

– Myślę – powiedziałam powoli – że gdyby umiała kochać lepiej, to by kochała lepiej.

Celina zamknęła oczy.

– To strasznie smutne.

– Większość prawdziwych rzeczy jest smutna lub gorzka. Dlatego ludzie wymyślili kabarety i majonez.

Rysiek uniósł kieliszek.

– Za majonez.

– Nie będziemy pić za majonez – powiedziała Celina.

– A za co? Za traumę międzypokoleniową? Nie umiem tego wymówić po drugiej wódce.

Wypiliśmy.

Za majonez, Janka, matkę, dom, którego nie umieliśmy ani kochać, ani sprzedać. Za nas troje. Niedoskonałych, przeterminowanych, obtłuczonych jak ten serwis, który Celina pewnie i tak zabierze.

Wieczorem śnieg zaczął padać mocniej. Duże płatki siadały na parapecie, płocie, drzewach i płycie nad studnią. Przykrywały makowiec. Równo, cierpliwie zakrywały świat.

Ale tym razem wiedzieliśmy, co jest pod spodem.

I może na początek wystarczy.

Rysiek zasnął przy piecu z otwartymi ustami. Celina przykryła go kocem znalezionym w szafie. Ja siedziałam przy stole i patrzyłam na list. Nie schowałam go.

Niech leży.

Niektóre słowa, zanim zaczną leczyć, muszą się najpierw porządnie przewietrzyć.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *