
Poza protokołem
Jania przyglądała się siedzącym w sali odpraw twarzom. Kilka osób znała. Z dwiema pracowała już wcześniej przy sprawie Rzeszowiaków. Chłopaka w niebieskim T-shircie pamiętała z jakiejś konferencji, choć nie mogła sobie przypomnieć, z której.

Jania przyglądała się siedzącym w sali odpraw twarzom. Kilka osób znała. Z dwiema pracowała już wcześniej przy sprawie Rzeszowiaków. Chłopaka w niebieskim T-shircie pamiętała z jakiejś konferencji, choć nie mogła sobie przypomnieć, z której.
– Jesteśmy już prawie w komplecie. Zacznę zatem, żeby nie przedłużać.
Igor Szary stał przy końcu stołu, z rękami opartymi o blat.
— Nazywam się Igor Szary. Wszyscy wiecie, po co zostaliście tu dzisiaj zaproszeni. Każdy z was został polecony przez współpracowników i przełożonych. Oddelegowano was z waszych macierzystych jednostek na czas określony, to jest na czas potrzebny do rozbicia grupy Zenka. Operacyjnie wiemy, że obracają prochami, mają panie na godziny, a hajs legalizują.
– Składek za te panie nie płacą? – rzucił ktoś z tyłu sali, co wywołało ogólne rozbawienie.
– Umowy o dzieło z nimi zawierają. – szybko zripostował Szary i niewzruszony kontynuował – Ktoś musi zarządzać zespołem. Tę mało produktywną, ale jakże potrzebną funkcję będę pełnił ja. Zasady znacie. Chciałbym, żebyście się teraz wszyscy przedstawili. Dwa zdania o sobie. Każdy. Jak na spotkaniach AA — dodał pod nosem.
Jania z uwagą słuchała Szarego.
Lubiła z nim pracować. Bystry intelekt, doświadczenie życiowe i niemal niezawodny psi nos sprawiały, że był doskonałym śledczym. Oszczędny w gestach i słowach, z opadającymi powiekami przysłaniającymi czujne oczy, wyglądał jak człowiek stale znudzony rzeczywistością.
Pozory. Igor widział wszystko.
Kiedy przyszła jej kolej, powiedziała zwięźle:
– Jania. Analityk. Zbieram i opracowuję dane. Głównie bankowe, przepływy finansowe, powiązania kapitałowe i osobowe. Daję wam esencję, żebyście nie musieli marnować czasu.
– Skromnie – mruknął ktoś. – Czyli robisz tabelki?
– Realistycznie. I tak, tabelki też robię.
Zespół składał się z czternastu osób.
Spotkanie dobiegało końca, gdy drzwi się otworzyły. Weszło dwóch mężczyzn. Szary spojrzał na zegarek.
– Są i nasi koledzy z Lublina. Wesprą nas w robocie. Prowadzili już sprawy zbójów, którzy przewijają nam się również w tej grupie. Niektórzy z was już ich znają. Komisarze Bartek Przypolski i Łukasz Szkutnik.
Jania znała obu. Sprawdzony team lubelskich śledczych. Na gościnnych występach byli w Warszawie jakiś rok wcześniej. Pracowali wtedy nad sprawą, której niektóre wątki łączyły się ze sprawą prowadzoną przez stołecznych. Nie poznała ich wtedy bliżej, zaledwie przecięli się w biurze kilka razy ale z opowiadań innych współpracowników wiedziała, że są świetni w swoim fachu.
Obaj skinęli głowami, przywitali się z Szarym i zajęli wolne miejsca.
– Spóźniliście się na część oficjalną – ciągnął Igor. – Za karę jutro robicie kawę dla wszystkich na poranną odprawę. Zapiszcie, jaką kto lubi. Ja dużą, czarną z czterema łyżeczkami cukru.
Bartek popatrzył na niego.
– Szary, ty serio pijesz kawę z czterema łyżeczkami cukru?
– Nie. Chciałem sprawdzić, czy zapisujesz.
Kilka osób parsknęło śmiechem.
– Wiedziałem, że Warszawa źle na ciebie działa.
– To nie Warszawa. To ludzie.
Łukasz siedział obok Bartka i nic nie powiedział. Uśmiechnął się tylko. Jania utkwiła w nim wzrok. Nie był klasycznie przystojny w sposób, który zwracał uwagę od pierwszego spojrzenia. Mocniejsza linia żuchwy, czarne, niesforne włosy, śmiejące się, ciemne oczy.
I usta, pomyślała i od razu zirytowała się sama na siebie. Jakie usta? Człowiek właśnie wszedł na odprawę!
Łukasz nagle odwrócił głowę. Złapał ją na patrzeniu. Nie spuścił wzroku. Jania też nie. Przez moment na jego twarzy pojawiło się coś pomiędzy pytaniem a rozbawieniem. Uniósł minimalnie brew. Jania poczuła drobne, nieprzyjemne ciepło na karku. Nagle zainteresował ją napis na długopisie trzymanym w rękach.
Szary zatrzasnął teczkę.
– Dobra. Koniec integracji. Od jutra pracujemy.
Pierwszego dnia o ósmej rano Łukasz postawił przed nią kubek.
– Czarna. Bez cukru.
Jania spojrzała najpierw na kawę a potem na niego.
– Zapamiętałeś?
– Dostałem zadanie.
– Było nas czternaścioro.
– Mam niezłą pamięć.
– Czyli wszystkich zapamiętałeś?
Łukasz spojrzał na kubek stojący przed szczupłym okularnikiem i wzruszył ramionami.
– Prawie ci się udało. Prawie! – odezwał się okularnik. – Dostałem latte.
– Mówiłeś, że chcesz z mlekiem.
– Kropla mleka to nie latte.
Jania uśmiechnęła się do kawy.
Pierwsze godziny grzebania w danych nie przyniosły niczego, co Jania uznałaby za szczególnie interesujące.
Zespół podzielono na mniejsze grupy zadaniowe. Część operacyjna zajmowała się obserwacją, technika zabezpieczeniami i podsłuchami, śledczy przesłuchaniami i dokumentacją. Jania dostała to, co zwykle — morze rachunków bankowych, odpisów z KRS spółek, pełnomocnictw, faktur i przelewów, które dla większości ludzi wyglądały jak cyfrowy śmietnik. Dla niej były opowieścią. Ludzie zazwyczaj kłamali, dokumenty czasem też. Ale pieniądze prawie zawsze mówiły prawdę. Pieniądze zostawiały ślady. I jej zadaniem było je dostrzec.
Trzeciego dnia siedziała po dwudziestej pierwszej nad trzema spółkami i kilkuset przelewami, kiedy Łukasz wszedł do jej pokoju.
– Jeszcze żyjesz?
– W ograniczonym zakresie.
– Szary mówił, że coś znalazłaś.
– Szary powinien nauczyć się cierpliwości.
– Ma sześćdziesiąt lat. Za późno.
– Pięćdziesiąt siedem.
– Nie mów mu, że powiedziałem sześćdziesiąt.
– Zachowam na odpowiedni moment.
Podszedł bliżej a Jania przesunęła krzesło.
– Patrz.
Nachylił się nad monitorem. Stanowczo za blisko. Jego ramię znalazło się przy jej ramieniu. Dłoń oparł na blacie obok klawiatury. Poczuła zapach jego perfum. Drewno, coś świeżego, może różowy pieprz. I ciepło skóry. Do diabła!
– Tu jest Makowski – powiedziała, zmuszając się do patrzenia na ekran. – Oficjalnie zwykłe życie. Pensja, kredyt, leasing.
– A nieoficjalnie?
– Żona ma fundację.
– Klasyka. Muszą przez coś przepierać.
– Mhm, patrz dalej. Darowizny przychodzą ze spółki z Gdańska. Wspólnikiem jest facet, którego brat pracował dla Zenka.
Łukasz nachylił się mocniej. Ich ramiona zetknęły się. Żadne się nie odsunęło. Jania poczuła niewielkie napięcie przebiegające po skórze aż do karku.
– To jeszcze nie wszystko.
– Słucham.
– Fundacja wynajmuje lokal od… – Urwała. Łukasz wcale nie patrzył na monitor.
– Co? – zapytała.
– Nic.
– Nie nazywaj „niczym” gapienia się na mnie.
– Nie gapię się.
– A co robisz?
Jego usta drgnęły.
– Analizuję.
– Mnie?
– Materiał.
– Materiał jest tam. – Wskazała ekran.
Łukasz nawet nie spojrzał.
– Wiem.
Zapadła cisza. Jania poczuła coś nisko pod żebrami. Niepokój. Odsunęła krzesło.
– Koniec prezentacji.
Łukasz wyprostował się.
– Bo?
– Bo niczego już nie słuchasz.
– To nieprawda. Fundacja wynajmuje lokal od, tu przerwałaś ale sądzę, że znalazłaś powiązanie z człowiekiem, który również pracował dla Zenka.
Spojrzała na niego z irytacją.
– Czytałeś materiały.
– Czasem mi się zdarza.
– Dupek.
– Uważny dupek.
W kolejnych tygodniach Jania zaczęła zauważać go częściej, niż było jej to potrzebne. Dłonie. Przede wszystkim dłonie. Długie palce. Sposób, w jaki obracał długopis podczas rozmów, jak podpierał brodę kciukiem podczas analizowania zeznań, jak podwijał rękawy koszuli.
Potem ramiona, plecy. Sposób chodzenia. Zapach. O tak, najgorszy był zapach. Zdarzało się, że wchodziła do pokoju i wiedziała, że był tam minutę wcześniej. I gdzieś po drodze zorientowała się, że to działa również w drugą stronę. Przyłapała go na patrzeniu. Pierwszy raz w windzie. Stała przodem do drzwi. Miała obcisłe czarne spodnie i luźną koszulę wsuniętą w pasek. W lustrzanej ścianie zobaczyła jego spojrzenie. Nie na twarz. Niżej. Bardzo krótko. Potem znowu na jej oczy. Jania uśmiechnęła się.
– Szkutnik.
– Mhm?
– Oczy wyżej.
Nie speszył się.
– Były wyżej. W sufit mam patrzeć?
– Sekundę temu nie patrzyłeś w sufit.
– Masz dowód?
– Monitoring.
– Materiał operacyjny. Nie masz dostępu.
Drzwi windy się otworzyły. Wyszedł pierwszy. Jania została na moment i przygryzła wnętrze policzka, żeby się nie uśmiechnąć.
Kilka dni później zobaczyła go przy ekspresie o siódmej rano. Stał tam w czarnym T-shircie, z mokrymi włosami.
Jania stanęła w drzwiach.
Koszulka opinała mu plecy. Kiedy sięgnął do górnej szafki, materiał przesunął się kilka centymetrów w górę. Jej wzrok podążył za nim.
– Dzień dobry – powiedział Łukasz, nie odwracając się.
Zamarła.
– Skąd wiedziałeś, że tu jestem?
– Widziałem cię w odbiciu.
Spojrzała na metalową obudowę ekspresu.
– Cholera.
Odwrócił się.
– Patrzyłaś.
– Na ekspres.
– Oczywiście. – wyszczerzył się w szerokim uśmiechu.
– Nie schlebiaj sobie.
– Nawet nie próbuję.
Podeszła po kubek. Dopiero wtedy zauważyła kosmetyczkę na parapecie. Potem ręcznik.
– Ty tu śpisz? – bardziej stwierdziła niż zapytała.
Łukasz napił się kawy.
– Czasami.
– Co znaczy „czasami”?
– Czasami śpię, czasami nie.
– Szkutnik.
– Jania.
– Gdzie mieszkasz?
– W Lublinie. Takie miasto wojewódzkie na wschód od stolicy.
– Dziękuję za wykład z geografii. Gdzie mieszkasz tutaj?
Nie odpowiedział. I właśnie ten brak odpowiedzi dał jej pewność.
– O Boże.
– Nie przesadzaj.
– Ty naprawdę nocujesz na komendzie.
– Jest tu kanapa.
– Tego czegoś nie można nazywać kanapą. To przedmiot tapicerowany, który jest podejrzany biologicznie.
– Jak człowiek jest zmęczony, można.
Westchnęła.
– Od jak dawna?
Wzruszył ramionami.
– Kilka dni.
– Co się stało?
– Facet, od którego wynajmowałem pokój, wrócił wcześniej z kontraktu. Miał wrócić za dwa miesiące, wrócił w niedzielę. Mieszkanie jego, więc się wyniosłem.
– I nie znalazłeś niczego?
– Na kilka tygodni? Znajdę. Tylko nie miałem kiedy.
– Hotel?
– Nie będę płacił kilkuset złotych za dobę za miejsce, w którym spędzam pięć godzin.
– A Bartek? Nie możecie sobie wynająć czegoś razem?
– Bartek… Cóż, nie chcę mu przeszkadzać w rozsiewaniu materiału genetycznego. – puścił do niej oko.
Jania pokręciła głową.
– Czyli śpisz tutaj.
– Nie codziennie.
– Gdzie jeszcze?
– Raz w samochodzie.
Popatrzyła na niego.
– Jesteś idiotą.
– Słyszałem gorsze rzeczy.
– Mamy listopad.
– Mam ogrzewanie postojowe.
– To już wszystko wyjaśnia.
Sięgnęła po kawę i oparła biodro o blat. Powinna była na tym zakończyć rozmowę. Problem polegał na tym, że kiedy już wiedziała, zaczęła dostrzegać wszystkie drobiazgi. Torbę sportową pod jego biurkiem. Czystą koszulę przewieszoną przez krzesło. Ładowarkę. Ręcznik. Maszynkę do golenia. I pojedynczą kroplę wody, która właśnie spłynęła po jego szyi i zniknęła pod kołnierzem czarnej koszulki.
– Mam kanapę – powiedziała. Zaskoczyła tym nawet samą siebie.
– Gratuluję.
– W salonie.
– Jeszcze lepiej.
– Możesz na niej spać.
Przestał się uśmiechać.
– U ciebie?
– Nie. Tutaj. Wniosę ją wieczorem na plecach.
– Jania…
– Co?
– Nie musisz.
– Wiem.
– To trochę dziwne.
– Co?
– Mieszkanie razem.
– Nie będziemy razem mieszkać. Ty będziesz nocował na mojej kanapie.
– Brzmi podobnie.
– Tylko jeśli masz bardzo bujną wyobraźnię.
Popatrzył na nią długo.
– Mam.
Poczuła ciepło pod mostkiem. Wzięła łyk kawy, żeby ukryć zmieszanie.
– W takim razie trzymaj ją na wodzy.
Kącik jego ust drgnął.
– Postaram się.
– Masz własny ręcznik?
– Mam.
– Szczoteczkę?
– Mhmm.
– Pidżamę?
– Nie używam.
Zakrztusiła się kawą. Łukasz niewinnie uniósł brwi.
– Co?
– Nic.
– Pytałaś.
– Mogłeś odpowiedzieć „tak”.
– Ale wtedy bym skłamał. A to nie wróżyłoby dobrego współmieszkania.
– Śpisz nago?
Zorientowała się, co powiedziała, o sekundę za późno. Łukasz powoli odstawił kubek.
– Czy to element rozmowy kwalifikacyjnej przed przyjęciem lokatora?
– Zapomnij, że zapytałam.
– Trudno będzie.
– Łukasz!
– W bokserkach.
– Dziękuję.
– Proszę.
– Koniec tematu.
Odwróciła się.
– Jania.
Zatrzymała się.
– Co?
– Przyjmuję ofertę.
Spojrzała przez ramię.
– Kanapa. Pamiętaj.
– Jasne.
– Salon. – dodała z naciskiem.
– Zrozumiałem.
– Żadnych głupich pomysłów.
Tym razem uśmiechnął się naprawdę wolno i bezczelnie.
– Jakich na przykład?
Patrzyła na niego sekundę.
– Właśnie takich.
– Zasady?
– Oczywiście.
– Słucham.
– Nie wyjadasz mi jedzenia. Nie zostawiasz mokrych ręczników na podłodze. Nie sprowadzasz kobiet.
Uniósł brew.
– Ostatni punkt brzmi interesująco.
– Jest praktyczny.
– Jesteś zazdrosna?
Roześmiała się.
– O ciebie?
– Pytam.
– Spróbuj sprowadzić kogoś do mojego mieszkania, a przekonasz się, czy chodzi o zazdrość, czy o zasady bezpieczeństwa.
– Brzmi groźnie.
– Tak miało brzmieć.
Pierwszego wieczoru zjawił się po dwudziestej trzeciej. Jania otworzyła drzwi w krótkich spodenkach i cienkim topie. Łukasz spojrzał tylko raz ale wystarczająco wolno, żeby Jania poczuła to spojrzenie niemal fizycznie.
– Cześć – powiedział.
– Cześć.
Minął ją w drzwiach. Zapach zimnego powietrza i jego perfum uderzył ją jednocześnie.
– Kanapa rozłożona.
– Dzięki.
Miał torbę sportową, plecak i zakupy.
– Co tam masz?
– Kawę, makaron, wino, ser, jajka i papier toaletowy.
– Papier?
– Nie chciałem przychodzić z pustymi rękami.
– Goście raczej przynoszą kwiaty.
– Kwiatów nie użyjesz o szóstej rano.
– Romantyk.
– Praktyk.
– Mogę wziąć prysznic?
– Nie. U mnie obowiązuje zakaz mycia.
– Pytam grzecznie.
– Bierz.
Zniknął za drzwiami.
Po kilku minutach usłyszała prysznic. Usiadła przy stole i próbowała czytać wiadomości. Przeczytała ten sam akapit trzy razy, nie zapamiętując ani jednego zdania z jego treści. Woda przestała lecieć.
Nie patrz.
Drzwi łazienki się otworzyły. Spojrzała.
Łukasz wyszedł w spodniach od dresu, bez koszulki, z ręcznikiem przewieszonym przez bark. Jania znieruchomiała. Przez moment poczuła się jakby ktoś odciął jej zasilanie w części mózgu odpowiedzialnej za racjonalne myślenie. Łukasz to zauważył.
– Co?
– Nic.
– Patrzysz.
– Nie.
– Jania.
– Dobrze. Patrzę. Skończ śledztwo.
Uśmiechnął się.
– Chcesz, żebym się ubrał?
Powinna powiedzieć tak.
– Rób, co chcesz.
– To nie jest bezpieczne zdanie.
– Nie doszukuj się w nim czegoś, czego w nim nie ma.
Uśmiechnął się i pochylił nad torbą. Mięśnie pleców napięły się przy tym ruchu. Jania odwróciła wzrok.
– Załóż koszulkę.
Usłyszała śmiech.
– Wiedziałem.
– Co wiedziałeś?
– Że cię rozpraszam.
– Nie rozpraszasz mnie.
Wyprostował się. T-shirt trzymał w dłoni.
– Udowodnij.
– Jak?
– Patrz mi w oczy.
Spojrzała.
– I?
– Bez zerkania.
– Mamy po dwanaście lat?
– Nie. – Uśmiech zniknął mu na sekundę. – Zdecydowanie nie.
W brzuchu Jani pojawiło się bardzo znane napięcie.
– Załóż koszulkę, Łukasz.
– Tak jest.
Po kilku dniach jego obecność w mieszkaniu zaczęła ją doprowadzać do szału. Pozornie był współlokatorem idealnym: nie bałaganił, opróżniał zmywarkę, robił zakupy i opuszczał deskę w toalecie. Problem był znacznie bardziej podstawowy: miał ciało. I korzystał z niego w jej mieszkaniu. Rano przechodził z salonu do łazienki w spodniach od dresu albo bokserkach i koszulce. Po prysznicu czasem pojawiał się z mokrymi włosami i ręcznikiem przewieszonym przez kark. Zdarzało mu się wieczorem rozciągnąć na kanapie i przeglądać akta, podczas gdy Jania usiłowała skoncentrować się na własnym laptopie.
Raz stała przy kuchennym blacie i kroiła warzywa, kiedy otworzył lodówkę. Kuchnia była wąska.
– Przepraszam.
Położył dłoń na jej biodrze, żeby przesunąć ją o pół kroku. Tylko tyle. Palce zostały tam może sekundę. Jania zastygła z nożem w ręku. Dłoń zniknęła.
– Sorry.
– Nic się nie stało.
Głos zabrzmiał jej normalnie. No, prawie normalnie. Wyjął z lodówki wodę.
– Jania?
– Mhm?
– Jeśli chcesz, żebym znalazł inne miejsce…
Odłożyła nóż i odwróciła się. Stał metr od niej.
– Dlaczego myślisz, że chcę?
– Nie wiem.
– Więc nie wymyślaj problemów.
Patrzył na nią chwilę.
– Dobra.
Nie ruszył się. Ona też nie. I miała nieprzyjemnie wyraźną świadomość tego jednego metra. Tego, że mogłaby zrobić krok. On również.
– Możesz się przesunąć? – zapytała.
– Jasne. – Przeszedł obok, tym razem bez dotykania.
W pracy sytuacja nie wyglądała lepiej.
Pewnego popołudnia siedzieli przy jej komputerze.
– Tu masz spółkę tego kuzyna Zenka. To znaczy jego dzieci, bo wspólnikami są te małolaty a on jest tylko prokurentem. – powiedziała. – Regularnie wystawia faktury za sprzedaż usług, których w rzeczywistości nie realizuje. Pierze.
Łukasz nachylił się nad jej ramieniem.
– Mów dalej.
– Kolejne podmioty wystawiają potem faktury… – Urwała.
Stał zbyt blisko. Jego dłoń spoczywała na oparciu jej krzesła. Czuła jego oddech przy skroni.
– Co? – zapytał.
– Nic.
– Zacięłaś się.
– Myślę.
– Przeszkadzam?
– Bardzo.
– Mogę się odsunąć. – powiedział miękko ale się nie odsunął.
Jania spojrzała na niego.
– To się odsuń.
– Powiedz to tak, żebym uwierzył.
Przez moment patrzyli na siebie bez słowa. Potem otworzyły się drzwi.
– O, jesteście. – Bartek wszedł do pokoju z plikiem dokumentów.
Łukasz natychmiast się wyprostował. Jania wróciła do monitora.
– Przeszkadzam? – zapytał Bartek.
– Nie. – odpowiedzieli jednocześnie.
Bartek przystanął.
– Rozumiem.
– Nie rozumiesz. – powiedziała Jania.
– Absolutnie niczego. – położył dokumenty na biurku i wyszedł.
Dla Jani najtrudniejsze były wieczory. Świadomość, że Łukasz jest za ścianą, że śpi kilka metrów od niej i wystarczyłoby otworzyć drzwi. Była dorosłą kobietą i nie miała problemu z własnym pożądaniem. Problem polegał na tym, że wcześniej mogła je ignorować a teraz chodziło po jej mieszkaniu i patrzyło na nią w sposób, który coraz trudniej było uznać za przypadkowy.
Sprawy nie ułatwiało to, że Łukasz również zaczynał reagować.
Któregoś ranka weszła do kuchni zaspana. Łukasz stał przy ekspresie i nalewał kawę. Kiedy ją zobaczył, strużka uderzyła obok kubka.
– Skupienie – powiedziała.
Łukasz spojrzał na rozlaną kawę i zmieszany sięgnął po ręcznik. Uśmiechnęła się i podeszła bliżej.
– Co się stało z doskonałą koncentracją śledczego?
– Jest siódma rano.
– Jasne.
Sięgnęła ponad nim po kubek. Materiał koszulki uniósł się lekko na udzie. Łukasz spojrzał. Jania zauważyła.
– Oczy wyżej.
– To zemsta?
– Za co?
– Za mój brak koszulki.
– Nie mam pojęcia, o czym mówisz.
– Oczywiście.
Szary znanym tylko sobie sposobem wyczuł temat. Ale tylko pogorszył sytuację.
Na jednej z odpraw odłożył okulary na stół, omiótł wszystkich swoim czujnym wzrokiem i powiedział:
– I jeszcze jedno. Wiem, że spędzamy tu więcej czasu niż z własnymi rodzinami. Nie interesuje mnie, kto z kim chodzi na piwo. Nie chcę natomiast romansów wewnątrz zespołu. Jak ktoś koniecznie potrzebuje odreagować stres, Warszawa ma dwa miliony mieszkańców. Wybierzcie kogoś spoza tego pokoju.
Kilka osób się roześmiało. Łukasz nie. Jania też.
– Poważnie – ciągnął Szary. – Nie będę podczas realizacji zastanawiał się, czy ktoś podejmuje decyzję procesową głową, czy hormonami.
Jania patrzyła w notatki. Czuła wzrok Łukasza ale nie podniosła głowy.
Wieczorem, kiedy oboje wrócili już do mieszkania, prawie się do siebie nie odzywali.
W końcu Jania zatrzasnęła lodówkę i mruknęła pod nosem:
– To absurdalne.
Łukasz spojrzał znad telefonu.
– Co?
– Nic.
Przeszedł do kuchni.
– Chodzi o to, co powiedział Szary?
– Dlaczego miałoby?
– Nie wiem.
– Właśnie.
Stanął po drugiej stronie blatu.
– Jania.
– Co?
– Możemy przestać udawać, że nic się nie dzieje?
Serce uderzyło jej mocniej.
– A co się dzieje?
– Właśnie to.
– Bardzo precyzyjne.
– Patrzysz na mnie.
– Ty na mnie też.
– Wiem.
– Świetnie. Ustaliliśmy fakt.
– I co z nim robimy?
Jania oparła obie dłonie o blat.
– Nic.
Łukasz milczał przez moment.
– Dobrze.
To „dobrze” ją zirytowało.
– Dobrze?
– Sama powiedziałaś.
– Wyglądasz na zadowolonego.
– Nie jestem zadowolony. – Podszedł bliżej. – Wyglądam jak człowiek, który właśnie próbuje zrobić to, o co go prosisz.
– Czyli?
– Czyli nic.
Stanął dokładnie przed nią. Nie dotykał jej. Nie musiał. Był tak blisko, że Jania czuła ciepło bijące od jego ciała.
– I jak ci idzie? – zapytała.
– Fatalnie.
Przez chwilę żadne się nie ruszyło. Łukasz cofnął się pierwszy.
– Dobranoc.
Kilka dni później Łukasz wyszedł wieczorem z chłopakami z zespołu. Postępowanie nie szło tak, jakby sobie życzyli. Narastająca frustracja spowodowana brakiem efektów, wybijała coraz bardziej.
Jania została sama.
Po raz pierwszy od dłuższego czasu mieszkanie było naprawdę ciche. Nalała do wanny niemal zbyt gorącej wody. Takiej potrzebowała. Ciepło rozluźniało spięte mięśnie. Orientalny zapach płynu do kąpieli mieszał się z miękkim światłem bocznych lampek. Oparła głowę i przymknęła oczy. Pomyślała o Łukaszu. Próbowała przywołać z pamięci obraz któregoś z byłych facetów albo chociaż kogoś bardziej przypadkowego ale nic z tego. Cholera, poddała się.
Przesunęła otwartą dłonią po sutku. Lekkie elektryczne ukłucie w dole brzucha. Ponownie potarła czubek piersi, tym razem delikatnie szczypiąc. Przyjmowała powoli budzące się w jej ciele podniecenie. Wędrowała palcami po swoim brzuchu, po udach, jakby poznawała te miejsca po raz pierwszy. Pogłaskała się powoli, rozchyliła płatki i potarła najbardziej wrażliwy guziczek. Fala przyjemności rozeszła się po ciele. Oddychała coraz głębiej.
Brzdąknięcie kluczy wkładanych do zamka brutalnie sprowadziło ją z powrotem.
– Nie… – Przecież miał być na piwie.
Usłyszała odkładanie kluczy, kurtkę.
– Jesteś w domu? – zawołał.
– W łazience. – odpowiedziała za szybko.
– Wszystko w porządku? – zapytał po krótkiej chwili.
Parsknęła śmiechem.
– Było, dopóki nie wróciłeś.
Kroki zbliżyły się.
– Długo tam będziesz?
– Aż zmięknę i zmaceruje mi się skóra na palcach.
– Jania, muszę się odlać.
– Wytrzymasz.
– Nie wytrzymam. Albo zlew, albo monstera. Wybieraj.
– Ani mi się waż.
– To mnie wpuść. Nie będę patrzył. Ty zamkniesz oczy. Nie masz piany?
– Mam.
– To jakbyś była pod kołdrą.
Westchnęła.
– Dobra. Wejdź.
Podciągnęła kolana pod brodę. Łukasz wszedł, wnosząc chłodne powietrze.
– Tylko nie podglądaj.
– Nie kręci mnie ani podglądactwo, ani pissing.
– Chętnie wysłucham, co cię kręci, jeśli tylko masz ochotę opowiadać.
– Umyj ręce jak skończysz.
– Tak jest!
Stanął przy umywalce. Mył dłonie wyjątkowo dokładnie, starannie, każdy palec osobno.
– Czy ty szykujesz się do operacji na otwartym sercu?
– A uchyliłaś swoje czy nadal szczelnie zamknięte?
– Łukasz. – syknęła ostrzegawczo
– Dobra, już.
Wytarł dłonie ale nie wyszedł z łazienki. Usiadł na podłodze przy wannie i oparł się o nią plecami.
– Zamierzasz tu warować?
– Jestem dobrym psem.
– Czy poza tym, że jesteś pijany, coś ci dolega?
– Nie jestem pijany. Wypiłem ze cztery kolejki.
– Tym gorzej.
Milczeli przez chwilę. Nagle wstał.
– Poczekaj. Zaraz wrócę.
– Akurat teraz zebrało ci się na pogaduchy? Jestem naga.
Odwrócił głowę.
– Jeśli przeszkadza ci nierówność w liczbie elementów garderoby, mogę się dla równowagi rozebrać.
Jania roześmiała się.
– Wynocha.
Wrócił z butelką whisky i dwiema szklankami.
Podał jej jedną. Usiadł na brzegu wanny. Powoli pojawił się ten jego charakterystyczny uśmiech.
– Co?
– Nic.
– Znam to twoje „nic”.
– Od kiedy?
– Od jakiegoś czasu.
Upiła łyk. Piekąca ostrość alkoholu rozlała się jej po gardle. Zastępująca ją po chwili słodycz i aromat opalonej dębowej beczki na chwilę zajęły jej zmysły.
– Czemu wróciłeś tak wcześnie?
– Bartek trzeci raz opowiadał tę samą historię.
– I to powód?
– Po drugiej kolejce nie, ale po czwartej już tak.
– Te kolejki to chyba setki. Cuchniesz gorzałą.
– Za to Ty pachniesz… – urwał
– Czym?
Spojrzał na wodę.
– Nie wiem. Czymś orientalnym.
– Niezwykle precyzyjna obserwacja jak na śledczego.
– Trudno mi się skoncentrować.
Nie zabrzmiało to jak żart. Jania znieruchomiała. Łukasz uniósł wzrok.
Nie patrzył już na nią z rozbawieniem.
– Dlaczego? – zapytała. Doskonale wiedziała, że to pytanie brzmiało z naiwnością nastolatki ale chciała usłyszeć odpowiedź.
– Naprawdę chcesz, żebym odpowiedział?
– Nie wiem.
– Bezpieczna odpowiedź.
– Jestem naga, a ty siedzisz na mojej wannie. Chcesz podyskutować o mniej lub bardziej bezpiecznych odpowiedziach?
– Jania.
– Tak?
– Nie rób tego.
– Czego?
Pochylił się odrobinę.
– Nie prowokuj mnie, kiedy siedzisz metr ode mnie. I jak słusznie zauważyłaś – jesteś naga. Moje opanowanie też ma swoje granice.
– Sam wszedłeś.
– Bo nie chciałem sikać do twojej roślinki.
– Mogłeś wytrzymać.
– Nie wiem ile jeszcze wytrzymam.
Zapadła cisza. Jania odstawiła pustą szklankę.
– O co ci chodzi?
Łukasz patrzył jej prosto w oczy. Cicho powiedział:
– O to, że od zbyt wielu tygodni próbuję nie patrzeć na ciebie tak, jak chcę patrzeć.
Pożądanie uderzyło ją niemal fizycznie.
– Jak?
– Nie pytaj.
– Dlaczego?
– Bo ci odpowiem.
– Odpowiedz.
Na moment zacisnął szczękę.
– Jania…
– Odpowiedz. – naciskała
– Chcę patrzeć zdecydowanie mniej zawodowo.
Ciepło przesunęło się przez jej brzuch.
– To już ci nieźle wychodzi.
Zaśmiał się cicho. Potem spoważniał. Wyciągnął rękę ale nie dotknął jej od razu. Zatrzymał dłoń kilka centymetrów od jej twarzy. Jania popatrzyła na niego, lekko przechyliła głowę i sama wsunęła policzek w jego dłoń.
Łukasz powoli wypuścił powietrze. Kciukiem przesunął po jej kości policzkowej, potem niżej, do szyi. Ten dotyk był zaskakująco spokojny i właśnie przez to działał na nią bardziej niż wszystkie ich wcześniejsze przekomarzanki.
– To bardzo zły pomysł – powiedziała.
– Wiem.
– Mieszkasz u mnie.
– Tymczasowo.
– Pracujemy razem.
– Też tymczasowo.
– Szary urwie nam głowy.
– Tego akurat jestem niemal pewien.
Uśmiechnęła się.
– Drażnisz mnie.
– Od początku.
Jego palce przesunęły się po jej szyi na ramię. Jania przymknęła oczy.
– Jania?
– Mhm?
– Spójrz na mnie.
Otworzyła oczy.
– Jeśli mam przestać, powiedz.
Zacisnęła mokre palce na jego nadgarstku. Mogła odsunąć jego rękę. Zamiast tego przyciągnęła ją bliżej. Patrząc mu prosto w oczy powiedziała:
– Nie przestawaj.
Coś zmieniło się w jego twarzy. Ciemne oczy zrobiły się prawie czarne. Pragnienie, którego do tej pory oboje uparcie nie nazywali, przestało być ukryte. Nakierowała jego dłoń tak, aby dotknął jej piersi. Powoli głaskał ją opuszkami palców. Ciepło jego skóry kontrastowało z wodą, która zdążyła już ostygnąć. Pochylił się.
– Ostatnia szansa.
– Zamknij się.
– Nie powinienem Cię całować, bo cuchnę gorzałą. – złośliwy uśmiech znowu pojawił się na jego ustach.
Pacnęła go w ramię a potem go pocałowała. Odpowiedział natychmiast. Pierwszy pocałunek trwał może dwie sekundy. Drugi znacznie dłużej. Jania zacisnęła palce na jego ramieniu, a całe napięcie ostatnich tygodni eksplodowało w jednym momencie. Nie było już delikatnych spojrzeń i przypadkowych zetknięć ramion. Był głód, ich usta, plączące się palce. Przyśpieszone oddechy.
– Wyjdź z tej wanny. Zalaliśmy już pół łazienki.
Łukasz sięgnął po ręcznik wiszący obok lustra. Podał jej rękę. Jania zawahała się przez chwilę. W końcu trzymając się jego dłoni podniosła się z wody. Głośno wypuścił powietrze. Wędrował głodnym wzrokiem po krągłościach jej ciała. Strużka wody z mokrych włosów Jani spłynęła po obojczyku, zostawiła ślad na piersi, omijając łukiem stwardniały z podniecenia i nagłego chłodu sutek. Łukasz bezwiednie pochylił się i odwzorował ustami drogę kropelek wody. Nie ominął jednak piersi. Delikatnie ujął zębami sutek i podrażnił jego koniuszek językiem. Jania jęknęła. Złapała się jego ramienia, jakby miała zaraz upaść.
– Chodź stąd. – wyszeptała.
Łukasz pomógł jej owinąć się ręcznikiem i trzymając za rękę pociągnął ją w stronę salonu. Pokręciła przecząco głową. Zatrzymał się natychmiast i spojrzał pytająco. Jania uśmiechnęła się i pokazała brodą w stronę drzwi sypialni. Puścił jej dłoń tylko po to, żeby otworzyć drzwi. Przeszła obok niego pierwsza. Zatrzymała się przy łóżku. Ręcznik nadal miała ciasno owinięty wokół ciała. Poczuła, jak po karku przechodzi jej dreszcz.
Odwróciła się do niego i złapała za przód jego koszulki. Poczuła jego dłonie na swojej talii, potem na plecach, mocne i pewne. Przyciągnął ją do siebie, a ona przylgnęła do niego bez wahania. Ręcznik poluzował się. Łukasz spojrzał w dół, potem natychmiast znowu na jej twarz.
– Nie waż się teraz robić przyzwoity – wyszeptała.
Zaśmiał się krótko.
– Staram się nie umrzeć.
– Dramatyzujesz.
Ręcznik zsunął się niżej. Jania puściła go. Materiał opadł na podłogę. Łukasz przestał się uśmiechać. Patrzył tym rodzajem spojrzenia, pod którym czuła się najpiękniejszą kobietą na świecie. Jego dłoń przesunęła się po jej boku. Powoli. Jania poczuła, że całe ciało reaguje na ten prosty ruch ze zdecydowanie zbyt dużą intensywnością. Pochylił się i pocałował ją przy szyi. Potem niżej. Nie spieszył się.
Jania wsunęła dłonie pod jego koszulkę. Poczuła ciepłą skórę. Mięśnie brzucha napięły się pod jej palcami.
– Teraz moja kolej – powiedziała.
Ściągnęła mu t-shirt przez głowę i odrzuciła gdzieś za siebie. Usiadła. Łukasz stał przed nią. Jeszcze rano powiedział do niej przy Szarym „pani analityk”. Teraz stał półnagi w jej sypialni. A ona nie miała na sobie nic. Absurd tej sytuacji powinien był ją otrzeźwić. Nie otrzeźwił. Wręcz przeciwnie. Między udami czuła pulsowanie.
Uniosła rękę i zaczepiła palce o pasek jego spodni. Spojrzał na jej dłoń. Pozwolił jej rozpiąć klamerkę, potem guziki jeansów, po czym zsunął je na dół. A po nich bokserki.
Jania jak zahipnotyzowana wpatrywała się w sterczącą przed nią erekcję. Piękny, niczym rzeźbiony fallus, był jak obietnica spełnienia. Przełknęła nerwowo ślinę. Łukasz widząc jej konsternację pocałował ją ponownie i delikatnie popchnął na materac. Pociągnęła go za sobą.
Nie przerywał pocałunków, jego dłoń wędrowała w górę jej uda. Zadrżała, gdy palce dotknęły miejsc, które niedawno pieściła sama. Łukasz uniósł jeden kącik ust, zsunął się niżej na łóżku i podążył wargami w ślad za swoimi palcami. Usadowił się pomiędzy jej udami. Pierwszy dotyk jego języka wyrwał z gardła Jani ochrypły krzyk. Gdy do języka dołączyły palce, Jania była bliska szczytu.
Popatrzyła na niego szeroko otwartymi oczami.
– Wszystko w porządku? – zapytał, nie przerywając pieszczot.
– Taaak. Nawet bardzo w porządku. – jej głos przygasł do niskiego pomruku – Tylko od początku naszej znajomości zastanawiałam się czy kolor twoich włosów będzie harmonizował z odcieniem mojej skóry na udach i teraz to weryfikuję. – dodała z nutą ironii.
– Jesteś niemożliwa. – zaśmiał się, nie wiedząc czy mówi prawdę.
– Chcę cię czuć w środku. – powiedziała po chwili.
– Twoje życzenie jest dla mnie rozkazem…
Przesunął się w górę, oparł na łokciach. Powoli, napierając i wycofując się, wsunął się w nią.
Na chwilę przestał ale jej biodra uniosły się, jakby chciały wymusić ruch.
Zaciśnięta szczęka świadczyła o tym, jak bardzo starał się kontrolować.
Jego oczy chłonęły ją, patrzył jak w przyśpieszonym oddechu łapała powietrze, jak piersi drżały jej lekko z każdym pchnięciem. Zaczął je zadawać mocniej i szybciej. Jania poddała się nadchodzącej fali. Poczuła jedynie jak mocniej dociska ją swoimi biodrami do materaca, gdy kolejne szarpnięcia orgazmu rozchodziły się od jej cipki po całym ciele.
Granica, której tak długo pilnowali, właśnie przestała istnieć.
Rano, gdy Jania w obszernym t-shircie weszła do kuchni, Łukasz stał przy ekspresie. Spotkali się wzrokiem. Cisza trwała może trzy, cztery sekundy.
– Nie mów nic. – powiedziała.
– Chciałem zapytać o kawę.
– Czarna, bez cukru
– To wiem, chciałem zapytać czy duża czy mała.
Podał jej kubek. Ich palce zetknęły się. Poczuła przebiegający od opuszków palców prąd. Teraz miała znacznie więcej wspomnień, które mogła z nim połączyć. Łukasz również. Poznała po spojrzeniu.
– Przestań – powiedziała.
– Co?
– Patrzeć.
– Nie.
– Jedziemy do pracy.
– Wiem.
– Mamy odprawę za pięćdziesiąt minut.
– Też wiem.
Podszedł bliżej.
– Łukasz.
– Mhm?
– Pół minuty.
Przysunął się do niej. Uniósł trzymając za pośladki i posadził na blacie.
– Tak szybko chyba nie potrafię. Nawet przy tobie.
Ostatnie zdanie wypowiedział z nosem w zagłębieniu pomiędzy jej szyją a barkiem. Jania zachichotała. Oplotła go w pasie udami. Czuła jego podniecenie.
– Gdybyś jednak zechciała zakładać majtki, byłoby mi łatwiej nad sobą panować. – jęknął. Napierał na nią biodrami. Jedyne co ich dzieliło, to cienka bawełna bokserek.
– Rozpatrzę ten wniosek w późniejszym terminie.
Wplotła palce w jego włosy i przyciągnęła do siebie. Pocałowała go zachłannie. Po chwili odsunęła się od niego i z poważną miną zapytała:
– To ile potrzebujesz czasu na szybki seks na dobre rozpoczęcie dnia?
Wszedł w nią mocno, z łatwością wpasowując się w jej ciało. Rytmicznymi pchnięciami dociskał jej pośladki do gładkiej, zimnej powierzchni. Jania odchyliła głowę do tyłu.
– Mmm, podoba mi się to, jak mnie pieprzysz. – wymruczała. – Nie przestawaj.
Łukasz nie zamierzał. Zsunął ją na brzeg szafki i przyśpieszył. Z ust Jani wydało się ciche westchnienie. Patrzyła mu prosto w oczy. W pewnym momencie zacisnęła powieki i zadrżała. Zadziałało to na niego jak biochemiczny dopalacz. Doszedł szybko, w akompaniamencie brzdąkających w szufladzie talerzy.
Oparł czoło o jej brodę. Uspokajał oddech. Nad jego głową Jania spojrzała na zegar.
– Cholera, musimy się zbierać.
– Mhmm.
– To będzie dobry dzień. – zaśmiała się, zeskakując z kuchennego blatu.
Przed wyjściem z domu zatrzymała go ruchem ręki.
– Łukasz, musimy ustalić kilka rzeczy.
– Domyślam się, co chcesz powiedzieć.
– Tu nie ma miejsca na domysły. Seks z tobą jest rewelacyjny. Ale mamy robotę do zrobienia. Proszę, nie zwalmy tego. To tylko kilka tygodni. Jesteś w stanie odłożyć to, co tu zaszło?
– Tak jest proszę pani.
Od tamtej chwili przestali udawać przed sobą ale przed innymi – przeciwnie. Stali się wzorem profesjonalizmu. Na odprawach nie siadali obok siebie. Nie wychodzili razem. Nie pisali do siebie prywatnie na służbowych komunikatorach. Ale napięcie nie zniknęło. Właściwie stało się jeszcze gorsze, bo teraz znali temperaturę i smak skóry tego drugiego. Znali reakcje. Wiedzieli, jak łatwo wyprowadzić drugie z równowagi.
Łukasz potrafił przejść obok jej krzesła i położyć na sekundę dłoń na oparciu tuż obok karku. Nikt tego nie zauważał. Jania czuła ten gest jeszcze długo później. Ona z kolei podczas jednej z odpraw podała mu teczkę i przeciągnęła opuszkami palców po jego dłoni. Łukasz urwał w połowie zdania.
Szary podniósł głowę.
– Szkutnik?
– Tak?
– Zgubiłeś wątek.
– Już mam.
Jania patrzyła w notatki. Idealnie niewinna.
Bartek oczywiście zorientował się pierwszy. Wszedł pewnego ranka do pokoju i popatrzył na nich. Jania siedziała przy komputerze, Łukasz czytał akta przy stole po drugiej stronie pomieszczenia.
– O nie.
– Co? – zapytała.
Bartek przyglądał się im w milczeniu.
– Przypolski?
Łukasz westchnął.
– Mów.
Bartek postawił kawę na stole.
– Wy przestaliście flirtować.
Zapadła cisza.
– I? – Jania uniosła brwi.
– I to znaczy, że wydarzyło się coś znacznie gorszego.
– Logika godna policjanta – skomentowała.
– Wcześniej zachowywaliście się jak dwa koty zamknięte w jednym kartonie. Teraz nawet na siebie nie patrzycie.
– Pracujemy.
– Oczywiście.
Spojrzał na Łukasza.
– Ty nadal mieszkasz u niej?
– Tak.
Bartek zamknął oczy.
– Idioci.
– Idź już.
– Szary was zabije.
– Wynocha.
Przy drzwiach Bartek obejrzał się.
– Nic nie chcę wiedzieć.
– Świetnie.
– Naprawdę nic.
– Bartek.
– Już mnie nie ma.
Ich życie dzieliło się na dwa światy. W jednym byli cz