Cienka strużka żółtawej śliny łączyła kącik uchylonych ust z matową powierzchnią brudnej podłogi.
Maciek przyglądał się jak każdy oddech wprawia ją w lekkie drżenie. Wyglądała wtedy jakby przewodziła prąd i zasilała nim sinoczerwone, upstrzone kiełkami białego zarostu policzki, utrzymując w nich resztki życia.
Ojciec leżał na brzuchu. Jedną stopę miał bosą, sinawą, z żółtym paznokciem dużego palucha, grubym jak łuska prehistorycznego gada, który postanowił nie wymierać całkiem razem z resztą swojego gatunku, tylko zamieszkać na końcu nogi. Druga stopa wsadzona była w luźny kondom frotowej skarpety, w okolicach pięty przypominającej rzadką kanwę. Skarpeta zapewne kiedyś była biała. Obecnie, niczym mątwa, dostosowała swoją barwę do odcieni otoczenia.
Głowa i stopy zdawały się być połączone stertą zniszczonych ubrań, porzuconych przez kogoś, kto wybrał inne życie i ewakuował się w pośpiechu.
Kierunek leżącego ciała sugerował, że ojciec zaległ w przedpokoju w trakcie wyprawy do łazienki. Podeschnięta plama tworząca na linoleum malownicze kształty jeziora morenowego, którego jeden brzeg stanowiło biodro leżącego, czyniła tę tezę jeszcze bardziej prawdopodobną.
Maciek przyglądał się ojcu. Najcieńsza wskazówka ściennego zegara zrobiła kilka, może nawet kilkanaście okrążeń, cicho akcentując każdy swój krok.
Przypomniał sobie, że kiedyś ojciec pachniał pastą do butów. Czarną, tłustą, zamkniętą w małej, okrągłej puszce. Każdej niedzieli, jeszcze przed śniadaniem siadał na balkonie z gazetą na kolanach i pucował pantofle, aż ich noski zaczynały odbijać światło. Pachniał też kawą. Nie była to bynajmniej jakaś egzotyczna Etiopska odmiana z rzemieślniczej palarni, tylko dostępna na pustawych sklepowych półkach późnego PRLu Extra Selekt.
Maciek próbował sobie przypomnieć kiedy ojciec zaczął pachnieć inaczej. Czy to w te wakacje, które spędzali u wujostwa na wsi, gdy skwarne dni wypełnione były ciężką pracą przy żniwach? Obowiązkowym punktem każdego z tych dni było „uzupełnianie płynów” – jak wuj nazywał rytuał opróżniania brązowych szklanych butelek po skończeniu prac polowych. Wszyscy mężczyźni gasili pragnienie w ten sam sposób. Jedni siadali na ławce, inni opierali się o drewniane sztachety. Opowiadali sobie historie, w których zawsze ktoś kogoś wykiwał, pobił albo przepił. Wtedy ojciec zaczął pachnieć piwem.
To jeszcze nie było najgorsze. W końcu piwo pili wszyscy. Było towarzyszem podczas transmisji futbolowych spotkań i rodzinnych grilli.
Dopiero później ojciec zaczął pachnieć wódką. Wóda – pieprzony rozpuszczalnik wspomnień. Od samej wódki gorszy był zapach ojca po wódce. Złożony, dominujący. Można w nim wyczuć kwaśny pot, starą pościel, zgniłą słodycz oddechu, mokre skarpety i papierosy palone przy zamkniętym oknie. To również zapach człowieka, który powoli przestaje pilnować granic między własnym ciałem a światem.
Matka nie wytrzymała w okolicach jedenastych urodzin Maćka. Spakowała do wielkiej walizki ubrania, jedną kołdrę i resztki wiary w dobrą przyszłość. Swojej obrączki nie spakowała. Maciek był na nią zły. Nie rozumiał dlaczego swój pokój musi zamienić na piętrowe łóżko dzielone razem z młodszą siostrą. Kumpli z jednego podwórka na ciszę i brak awantur.
Potem przywykł.
W końcu Maciek pochylił się nad starym i przekręcając go na bok głośno wymówił jego imię. Nie mógł powiedzieć „tato”. To słowo tocząc się po języku i zębach przełamałoby mur chroniący go przed utratą kontroli nad własnymi, zlokalizowanymi w oczodołach gruczołami.
Ojciec próbował podnieść powieki, pomagał sobie marszcząc czoło i unosząc wysoko brwi. Z jego ust wydobywały się dźwięki, dla obcego będące tylko zlepkiem głosek. Maciek wiele lat uczył się tego „narzecza” i bez problemu łączył pozornie chaotyczne słowa w pełne sensu zdania. „Synku, dobrze, że jesteś. Pomóż, bo jakoś siły mi zabrakło.”
– Nie pierdol. Schlałeś się znowu. Zawsze, kurwa, to samo.
Ale pomógł. Podtrzymując ojca zaprowadził go do pokoju i posadził na wersalce. Gdyby ktoś zapytał go, choćby następnego dnia, o kolejność czynności, jakie wykonał potem, nie byłby w stanie odpowiedzieć. Stary jeszcze ze dwa razy próbował coś powiedzieć. Z urywanych sylab Maciek zrozumiał coś o niepiciu. Przekonywał sam siebie, że ma to w dupie. Chciał tylko ogarnąć ojca i wrócić do siebie.
Wyszedł z mieszkania dopiero po północy.
Mrok ulicy, którą wracał do domu przecinały jedynie światła latarni. Nie przeszkadzało mu to. Znał drogę na pamięć. Wszystkie wybrzuszenia płyt chodnikowych, każde pęknięcie asfaltu. Szedł pewnie, chociaż powoli, jakby dawał sobie czas na odparowanie emocji. Nie pomagało rytmiczne zaciskanie szczęk. Ani pięści.
W gardle cały czas czuł zapach mieszkania ojca. Oblepiał go od zewnątrz ale co gorsze, od wewnątrz również.
Próbował skupiać się na obrazach uśmiechniętego syna, biegnącego do niego przez przedszkolną salę. Zazwyczaj pomagało. Tego dnia jednak nawet dziecięce rączki machające wesoło w jego stronę nie mogły rozwiać wspomnień. Emocji, które raz zagnieżdżone w ciele, nieproszone przypominają o przeszłości.
Jakim kodem zapisuje się na twardym dysku człowieczego umysłu to uczucie, pojawiające się gdy masz 16 lat, poznałeś świetną dziewczynę, odprowadzasz ją po dyskotece do domu i okazuje się, że mieszka w tej samej klatce, co twój ojciec?
Musisz wtedy zdecydować. Zrezygnować, udawać, że wcale ci się nie podoba albo ryzykować, że któregoś dnia zamiast miękkiego dotyku jej różowych ust dostaniesz spojrzenie pełne obrzydzenia i pogardy, gdy zorientuje się, że nazwisko na pożółkłych, obitych drzwiach na pierwszym piętrze jest nieprzypadkowo takie samo jak w Twojej legitymacji szkolnej.
Albo ten strach, kiedy pierwszy raz widzisz w oddali ojca wracającego z pijackiego melanżu samotnie, wzdłuż najbardziej ruchliwej ulicy w mieście, chodnikiem, który od jezdni dzieli zaledwie pasek trawnika. Pasek tak wąski, że każde potknięcie się, zatoczenie, może wynieść zmiękczone ciało wprost pod koła nadjeżdżającego pojazdu. Wahasz się, czy biec do niego, czy pozwolić zdecydować sile wyższej. To wahanie zostanie z Tobą już na zawsze.
Nie da się tego kodu usunąć. Nie da się go też nadpisać. Żadne z najbardziej ekstremalnych wyzwań jakie stawiał samemu sobie nie zmieniło niczego w jego pamięci. Ani skoki na bungee, ani zdecydowanie za szybka jazda samochodem, ani nawet udział w bójkach, które prowokował ciętym językiem i bezczelnym spojrzeniem.
Teraz nie potrzebował dodatkowych atrakcji. Chociaż, gdyby tej nocy spotkał po drodze jakiegoś zawianego rówieśnika, pozwoliłby swojej pięści zapoznać się z jego policzkiem. A może nie?
Następnego dnia powiedział żonie, że idzie pobiegać.
Przez lata odwiedzał ojca po kryjomu. Nie przyznawał się do tego ani matce, ani babce, ani kumplom czy kolejnym dziewczynom. Siostra hodowała w sobie nienawiść do ojca, więc nie było sensu rozmawiać z nią o tym.
Wpadał do starego bez zapowiedzi. Sprawdzał czy żyje. Czasem siedział do rana w fotelu licząc sekundy pomiędzy oddechami starego. Czasem dorzucał do lodówki karton mleka albo paczkę parówek. Czasem tylko zabierał butelki, żeby mieszkanie choć trochę straciło sznyt meliny. Ojciec czasem dzwonił. Maciek odbierał rzadko.
Stary siedział dokładnie w tym samym miejscu, w którym zostawił go w nocy.
– Tato?
Chrapliwy, nierówny wydech można by uznać za odpowiedź.
Maciek bezwiednie rozejrzał się po pokoju. Wydał mu się dziwnie pusty. We wczorajszej wściekłości nie zauważył tego. Po chwili zrozumiał, że to brak brudnych szklanek i talerzy porozstawianych w przypadkowych miejscach i nieobecność przepoconych koszul na fotelu. Na ławie leżał czysty bieżnik a na nim biurkowy kalendarz, z pozaznaczanymi na żółto kolejnymi dniami.
– Cholera, tato!
Pogotowie przyjechało po dziewięciu minutach.
To bardzo krótko, kiedy czekasz na pizzę ale bardzo długo, kiedy twój ojciec oddycha tak, jakby każde wciągnięcie powietrza wymagało decyzji urzędnika średniego szczebla na pół roku przed emeryturą.
Ratowniczka miała w rękach spokój i pewność. Dało to Maćkowi wiarę, że świat działa jeszcze według jakichś jasnych zasad gry. Widział jak pochylając się nad ojcem wciąga powietrze.
– Pił? – spytała.
Maciek otworzył usta.
– Nie wiem. – powiedział w końcu.
W szpitalu kazali mu czekać.
Poczekalnia na SORze to jest taki rodzaj kręgu czyśccowego. Tuż obok piekła. Plastikowe krzesła, automat ze słabą kawą, ludzie trzymający w rękach kurtki, torebki, różańce i własne twarze, jakby miało to zapobiec ich rozpadowi. Usiadł pod ścianą. Dawało mu to poczucie większej stabilności.
Zadzwoniła żona. Nie odebrał. Po chwili przyszedł od niej sms: „Wszystko w porządku?”. Maciek powoli, jakby ważył każdą literkę, napisał „Nie wiem”. Przyglądał się wyrazom zdumiony jak bardzo pojemne są w swym znaczeniu.
Lekarz przyszedł po godzinie. Maćkowi przeszło przez myśl, że jest za młody i za przystojny jak na kogoś przynoszącego złe wiadomości.
Udar. Rozległy. Za późno. Zaburzenia elektrolitowe. Odwodnienie. Organizm wyniszczony. We krwi nie stwierdzono alkoholu.
To ostatnie zdanie nie pasowało do reszty. Było jak jasny piksel na czarnym ekranie.
– Jest pan pewien? – upewnił się Maciek.
Lekarz patrzył długo. W jego oczach nie było nawet odrobiny krytyki. To było najgorsze. Pokiwał głową.
Ojciec umarł nad ranem.
Nie obudził się, nie pożegnał, nie przeprosił ani nie wytłumaczył.
Na pogrzeb przyszło więcej osób niż Maciek się spodziewał.
Niektórzy wycierali łzy. Maciek zastanawiał się czy prawdziwe, czy udawane. Dziwiło go, że ktoś mógł czuć stratę po kimś takim jak jego ojciec. Stał sztywno obok żony. Trzymała go pod ramię. Synek został z teściową. Franek miał sześć lat i fazę na kosmos, dinozaury oraz zadawanie pytań, na które żaden dorosły nie chce znać odpowiedzi. Nie chcieli go brać na cmentarz, żeby patrzył na dziurę w ziemi i próbował zrozumieć, gdzie kończy się człowiek.
Na stypie nie było alkoholu. Maciek nie chciał, żeby gościom wraz z poluzowaniem krawatów rozwiązywały się języki. Nie potrzebował poznawać ojca w roli brata, kumpla czy pracownika. Dla niego ojciec był ojcem. I alkoholikiem. Właśnie tak: był alkoholikiem, więc wszystko, co robił, było związane z piciem. Gdy leżał – był pijany. Gdy bełkotał – był pijany. Gdy prosił – manipulował. Gdy milczał – miał kaca. Gdy mówił prawdę – kłamał z przyzwyczajenia.
To bardzo wygodne przyczepić do drugiego człowieka etykietę. Alkoholik. Matka. Zdrajca. Bohater. Ofiara. Nie trzeba już patrzeć uważnie. Wystarczy przykleić i odnosić się do etykiety, nie do osoby.
Po pogrzebie Maciek poszedł do mieszkania ojca sam.
Usiadł na fotelu przy ławie. Wziął w rękę kalendarz i przyjrzał się zaznaczonym datom. Cofnął strony. Pierwsze zaznaczenie – prawie 7 tygodni wcześniej. Obrysowana data i dopisek „Nie piłem”. Potem kolejny dzień. I kolejny. Wszystkie z otoczką tego samego koloru. Wszystkie z niewielkim napisem, nakreślonym drżącą ręką, jakby ojciec znaki stawiał w powietrzu, bez podparcia nadgarstka.
Kalendarz był papierowy a sprawiał wrażenie zrobionego z betonu. Jego ciężar przytłoczył Maćka. Mimo to zabrał go ze sobą. I stojącego na regale resoraka w pudełku też. Pomyślał, że ojciec kupił go dla wnuka. Tego, czy nie zdążył mu go dać, czy stchórzył pewnie się już nie dowie.
Wieczorem długo siedział w samochodzie pod własnym blokiem. Pomarańczowe światło parkingowych lamp dawało poczucie przytulności.
W oknach mieszkania było jasno. Za firanką przesunął się cień żony. Może zmywała naczynia. Franek pewnie nie chciał myć zębów. Pewnie życie toczyło się tam bez świadomości, że na dole, w samochodzie, siedzi człowiek z kalendarzem martwego ojca na kolanach.
Maciek otworzył schowek.
Butelka leżała tam spokojnie.
Mała. Płaska. „Setka”, kupiona po drodze ze szpitala albo z pogrzebu, nie pamiętał.
Wziął ją. Odkręcił. Zapach był ostry, czysty i znajomy.
Wypił.
Za mało, żeby się upić. Wystarczająco, żeby poczuć ciepło rozlewające się po trzewiach, żeby rozluźnić spięte ramiona, żeby zasnąć. I żeby zmyć z języka słowo „udar”. I żeby nie czuć ciężaru kartek kalendarza.
Maciek szedł do mieszkania. W przedpokoju było ciemno.
Potknął się o mały but. But Franka. Taki z migającą podeszwą. Przy każdym stuknięciu zapalały się czerwone i niebieskie światełka. W ciemności wyglądały jak sygnał ostrzegawczy. Jak karetka widziana z daleka.
– Maciek? – zawołała żona z kuchni.
Chciał odpowiedzieć normalnie ale język był cięższy, niż powinien.
– Już jestem – usłyszał sam siebie. Głos brzmiał obco.
Franek stanął w drzwiach pokoju. Miał na sobie pidżamę w rakiety. Włosy sterczały mu w nieładzie. Patrzył na tatę długo. Za długo jak na dziecko. Zmarszczył nos.
Ten gest wyglądał znajomo.
– Tato? – powiedział cicho.
Żona wyszła z kuchni i zatrzymała się za nim. Jej twarz zmieniła się powoli. Przemknęło po niej zdziwienie, potem rozpoznanie. Maciek nie chciał widzieć więcej. Spuścił wzrok. Światełka w bucie zgasły. Franek zrobił krok w stronę ojca. Zatrzymał się i z odkrywczym zaskoczeniem powiedział:
– Tato, ty pachniesz jak dziadek.







