Urząd Gminy w Bździnach Dolnych pachniał kurzem podgrzewanym przez stare żeliwne kaloryfery i wilgocią, która każdego roku od listopada do kwietnia wychodziła spod lamperii na parterze i tworzyła przy listwach przypodłogowych szare mapy nieistniejących kontynentów.
I jeszcze czymś, czego Adam nie potrafił nazwać. Może po prostu ludźmi?
Zapach petenta jest introdukcją pozwalającą szybciej zrozumieć po co przyszedł i czego się po nim spodziewać. Najpierw stoi taki pod drzwiami, miętosi dokumenty upakowane w przezroczystych plastikowych koszulkach, poprawia czapkę, wzdycha, poci się. Ze złości, ze strachu. Potem wchodzi i wnosi ze sobą zapach dymu z pieca, obornika, paliwa, taniego płynu do płukania z Biedry i chłodu jesiennego przedpołudnia.
– Dzień dobry, ja tylko zapytać.
Najbardziej znienawidzone zdanie w całej administracji publicznej.
Adam pracował w pokoju numer siedem. Na drzwiach znajdowała się tabliczka:
ADAM KUREK
INSPEKTOR DS. GOSPODARKI KOMUNALNEJ I OCHRONY ŚRODOWISKA
Inspektor.
Kiedyś uważał, że brzmi to rewelacyjnie. Inspektor to jest KTOŚ. Teraz wiedział, że można być inspektorem przez kilkanaście lat i wciąż siedzieć przy tym samym biurku i dziurkować dokumenty tym samym, zacinającym się dziurkaczem.
Przyszedł do urzędu w lutym, na samym początku nowego stulecia.
Był kilka lat po dwudziestce. Garnitur, który miał na sobie, towarzyszył mu najpierw na studniówce, potem na maturze a następnie na weselu u kuzynki. A, jeszcze na pogrzebie dziadka Henryka. Matka kupiła mu w sklepie obuwniczym w miasteczku czarne półbuty. Kosztowały sto dziewięćdziesiąt dziewięć złotych, co było kwotą wystarczająco dużą, żeby ojciec przez kolejne cztery dni przypominał, że on do roboty przez pół życia chodził w jednych trzewikach.
Adam pamiętał swój pierwszy dzień pracy dokładniej niż maturę. Sekretarka zaprowadziła go na piętro.
– Tu będzie pan siedział.
Powiedziała „pan”. To zrobiło na nim największe wrażenie. W technikum był Kurek, w domu Adaś, a w wojsku, bywał głównie „wy tam”. A tutaj nagle został panem Adamem. Miał biurko, na nim telefon z przyciskami i czarny organizer na długopisy. Po tygodniu przyszła pieczątka.
REFERENT
ADAM KUREK
Wieczorem odbił ją kilka razy na kartce.
REFERENT
REFERENT
REFERENT
Matka postawiła na stole herbatę.
– Pilnuj tej roboty – powiedziała. – Teraz ludzie po trzy lata siedzą bez pracy. Gdyby nie wujek Stefan… – urwała, jakby bała się, że wypowiedzenie na głos całego zdania sprawi, że Adam teleportuje się do kolejki w pośredniaku a wszystko okaże się bajką.
Adam pracy pilnował.
Na przełomie wieków w powiecie zamykało się prawie wszystko, a to, co się nie zamykało nie dawało ludziom poczucia, że następny miesiąc da się przeżyć bez wstydu zapisywania nazwiska w sklepowym zeszycie. PGR-u już dawno nie było. Mleczarnia zwalniała. Zakład przetwórczy brał tylko sezonowo. Dwóch kolegów Adama pojechało pod Warszawę na budowy, jeden do Niemiec, drugi zaczął handlować używanymi samochodami i po kilku latach zniknął. Ludzie mówili, że dorobił się i zamieszkał za granicą w pięknym, nowym, wielkim domu, inni, że zamieszkał, owszem, w wielkim, nowym… zakładzie karnym, oddalonym o kilkadziesiąt kilometrów od granicy gminy.
A Adam miał urząd. Poniedziałek – piątek, 7:30 – 15:30, pensja na koncie każdego 28 dnia miesiąca. Trzynastka, wczasy pod gruszą, płatny urlop.
Matka opowiadała o tym sąsiadkom takim głosem, jakby syn został co najmniej ordynatorem szpitala wojewódzkiego.
– W gminie pracuje.
I nie musiała dodawać nic więcej.
W 2000 roku praca w gminie nie była pracą, tylko wygraną. Lepszą niż szóstka w Totolotka, bo ludziom po loteryjnym szczęściu odbijało. A od pracy, nawet takiej w urzędzie, w zadzie aż tak się raczej nie przewróci.
Adam nie zauważył momentu, w którym wygrana zaczęła przypominać dożywocie.
– Kurek.
Podniósł głowę. W drzwiach stał Marian. Marian Wójcik, kierownik referatu, sześćdziesiąt cztery lata, osiem miesięcy i kilkanaście dni.
Adam znał tę liczbę dokładnie. Może nawet dokładniej niż wiek własnej żony.
– Co?
– Masz odpowiedź ze spółek wodnych?
– Jeszcze nie.
– To zadzwoń.
– Dzwoniłem.
– I?
– Nie odbierają.
Marian pokiwał głową.
– Czyli wszystko zgodnie z procedurą. – Uśmiechnął się. Adam też.
W urzędzie istniała odmiana humoru, której ludzie z zewnątrz nie rozumieli. Dowcipy o terminach, pieczątkach, kontrolach RIO, zarządzeniach zastępczych i platformie ePUAP. Śmiali się z rzeczy, które tak naprawdę powolnie prowadziły ich do choroby psychicznej lub neurologicznej.
Marian wszedł i zamknął drzwi.
– Byłem w ZUS-ie.
Adam poczuł lekkie ukłucie gdzieś pod mostkiem.
– I?
– Pierwszego marca mnie nie ma.
Wiedział. Oczywiście, że wiedział! Od pół roku wszyscy wiedzieli. Ale czym innym jest wiedzieć, że człowiek kiedyś umrze, a czym innym zobaczyć jego nekrolog.
– No proszę – powiedział Adam. – To już oficjalnie.
– Oficjalnie.
Marian rozejrzał się po pokoju.
– Ponad trzydzieści lat.
– Kawał czasu.
– Dużo za dużo.
Przesunął palcem po parapecie i obejrzał kurz.
– Człowiek myśli, że jeszcze rok. Potem jeszcze jeden. Dzieci małe. Budowa. Żona bez pracy. Potem dzieci duże, ale już człowiek stary. I tak, kurwa, proszę pana… – Urwał.
Adam czekał.
– …leci. – dokończył.
Za oknem parking pokrywała cienka warstwa listopadowego błota. Pracownik gospodarczy, pan Józek, zamiatał mokre liście. Wiatr natychmiast wrzucał je z powrotem pod schody. Józek zamiatał – wiatr wrzucał – Józek zamiatał. Można było na to patrzeć godzinami.
– Będziesz składał? – zapytał Marian.
Adam udał, że nie wie, o czym mówi.
– Co?
– No nie rób ze mnie idioty. Na kierownika.
– Jak będzie nabór.
– Będzie. – Marian podszedł do drzwi. – Składaj.
I wyszedł.
Adam długo patrzył na zamknięte drzwi. Potem otworzył arkusz kalkulacyjny z ewidencją zbiorników bezodpływowych. Na terenie gminy było ich tysiąc sto osiemdziesiąt siedem. W dwustu sześćdziesięciu czterech gospodarstwach brakowało aktualnych umów na wywóz nieczystości. Adam wiedział o gównie mieszkańców Bździn Dolnych więcej niż o własnym synu.
Żonie nie powiedział od razu, dopiero w sobotę rano. Siedzieli w kuchni. Beata smarowała kromkę chleba serkiem śmietankowym.
– Marian odchodzi pierwszego marca.
Podniosła oczy.
– No.
Wiedziała. Oczywiście, że wiedziała. W małych społecznościach wszyscy wiedzą wszystko. Czasem tylko udają, że informacja dociera do nich indywidualnie.
– Będzie konkurs.
– To składaj.
Powiedziała to tak zwyczajnie, że poczuł rozczarowanie. Chciał chyba usłyszeć coś więcej. Może „oczywiście”, „po tylu latach”, „komu jak nie tobie”. „Należy ci się.”
To ostatnie zdanie sam powtarzał sobie najczęściej.
Należy mi się. Nie było eleganckie ale po ludzku prawdziwe.
Dwadzieścia sześć lat pracy. Bez nagany, poważniejszych uchybień czy błędów. Bez zwolnienia dłuższego niż te dwa tygodnie po operacji woreczka.
Znał każdą drogę gminną, wszystkie wsie, numery działek przy problematycznych rowach melioracyjnych, wszystkich sołtysów i większość ich małżonków. Wiedział, gdzie przy ulewie stoi woda i gdzie sąsiad sąsiadowi podorywa miedzę. Wiedział, która przepompownia zacznie pierwsza wywalać alarm, kiedy przez dwa dni nie będzie prądu i kto nagminnie narusza zasady selekcji odpadów.
Kierownik nie musiał wiedzieć więcej. Miał przede wszystkim podpisywać. A to przecież Adam potrafił.
– Myślisz, że mam szansę? – zapytał.
Beata przestała smarować chleb i popatrzyła na niego uważnie.
– A kto ma mieć?
Właśnie. Kto?
Ogłoszenie pojawiło się dziesiątego stycznia. Adam przeczytał je siedem razy. Wymagania niezbędne: wykształcenie, staż, znajomość ustaw, niekaralność, pełna zdolność do czynności prawnych. Wszystko miał. Wymagania dodatkowe: doświadczenie w samorządzie, znajomość zagadnień, umiejętność kierowania zespołem, komunikatywność, odporność na stres.
Przy odporności na stres uśmiechnął się do monitora. Po dwudziestu czterech latach przyjmowania interesantów nie zastanawiał się czy jest odporny na stres czy po prostu przestał rozpoznawać jego objawy. Drżenie powieki uważał za cechę anatomiczną a ból żołądka za element trawienia.
Dokumenty przygotował tego samego dnia. CV, kwestionariusz osobowy, kopie świadectw, oświadczenia. List motywacyjny pisał najdłużej. „Pragnę wykorzystać wieloletnie doświadczenie…” Skasował. „Moje dotychczasowe doświadczenie zawodowe…” Skasował. „Posiadam szeroką znajomość…” Skasował. W końcu napisał półtorej strony słów, w które nie wierzył, ale uznał, że brzmiały odpowiednio. Wydrukował, podpisał, włożył do koperty. Potem zaniósł ją piętnaście metrów korytarzem do sekretariatu.
– Kandydat? – z życzliwym uśmiechem zapytała sekretarka.
– Kandydat.
Przystawiła pieczątkę wpływu. Trzask. Adam w środku siebie, gdzieś pod mostkiem poczuł jakieś delikatne mrowienie. Całkiem przyjemne.
Przez następne tygodnie zaczął inaczej patrzeć na urząd. Wszystkie sprawy załatwiał tak, jak do tej pory – terminowo, zgodnie z przepisami. Ale zerkał na pokój Mariana, większe biurko i szafę z przesuwanymi drzwiami. Wyobrażał sobie własne nazwisko na tabliczce.
ADAM KUREK
KIEROWNIK REFERATU
Nie chodziło nawet o pieniądze. Chociaż dodatek funkcyjny byłby dobry. Kredyt hipoteczny niby już mały, ale rachunki rosły. Samochód miał trzynaście lat. Syn studiował w Lublinie i każdy telefon zaczynający się od „Tato, mam sprawę” kosztował przeciętnie od stu do pięciuset złotych.
Ważniejsze było jednak coś innego. Awans oznaczałby, że te wszystkie lata prowadziły gdzieś. Że nie siedział na tym samym krześle tyle lat tylko dlatego, że bał się wstać.
Rozmowa konkursowa odbyła się w środę.
Adam założył granatową marynarkę. Stał przed lustrem i przyglądał się facetowi, którego przestał poznawać już jakiś czas temu. Blisko pięćdziesiąt lat, włosy mocno przerzedzone nad czołem, skóra pod oczami szarawa a kołnierzyk koszuli lekko wpijał się w tęgawą szyję. Poklepał się po policzkach wymuszając skupienie na teraźniejszości.
Komisja zadawała pytania przez trzydzieści trzy minuty. Na większość odpowiedział dobrze. Na kilka nawet bardzo dobrze. Na jedno chyba źle, ale pytanie było idiotyczne i Adam podejrzewał, że człowiek, który je przygotował, sam nie zna prawidłowej odpowiedzi. Wyszedł zadowolony. Marian czekał przy schodach.
– I?
Adam wzruszył ramionami.
– Zobaczymy.
– Będzie dobrze. – Marian klepnął go w ramię.
To „będzie dobrze” Adam nosił ze sobą do piątku.
W piątek o dziewiątej zadzwoniła sekretarka.
– Pan wójt prosi.
Serce zabiło mu szybciej. Poprawił koszulę i przygładził włosy. Droga do gabinetu wójta, licząca trzydzieści siedem kroków dłużyła się niczym piesza wyprawa Szlakiem Jerozolimskim.
Wójt siedział za biurkiem. Obok niego sekretarz gminy.
– Panie Adamie – zaczął wójt. – Chcieliśmy podziękować za udział w konkursie.
Podziękować? Piękne słowo. Można nim człowieka odprawić i z pogrzebu i z konkursu na stanowisko.
– Komisja bardzo wysoko oceniła pana doświadczenie.
Adam patrzył na małą rysę na blacie biurka.
– Ostatecznie zdecydowaliśmy się jednak na kandydaturę pani Natalii Chojnej.
Kogo? Pierwszy raz słyszał to nazwisko. To bolało go bardziej, niż gdyby znał kandydatkę.
– Pani Natalia pracowała wcześniej w starostwie, ma studia magisterskie z administracji i ukończone podyplomowe zarządzanie zasobami ludzkimi.
Adam kiwnął głową powoli.
– Rozumiem.
– Liczymy oczywiście na pana współpracę. Pana wiedza będzie dla nowej pani kierownik nieoceniona.
I wtedy dopiero zrozumiał. Nie dostał stanowiska. Dostał za to obowiązek nauczenia człowieka, który dostał jego stanowisko. Jego!
– Oczywiście – powiedział.
Bo co miał powiedzieć? Że nie?
Po tylu latach pracy w budżetówce był przywiązany do własnego posłuszeństwa jak pies do budy. Nawet nie dostrzegłby, że łańcuch od dawna leży odpięty.
Natalia przyszła pierwszego marca.
Była młodsza niż się spodziewał. Ubrana w jasny płaszcz, z laptopem pod pachą i kubkiem termicznym w dłoni. Pachniała świeżo, kwiatowo i drogo.
– Pan Adam?
– Tak.
– Natalia.
Wyciągnęła rękę. Miała mocny uścisk.
– Słyszałam, że bez pana tutaj zginę.- zaśmiała się. Adam też.
– Nie jest tak źle.
Było gorzej.
Przez następne tygodnie tłumaczył jej urząd. Ten spod podszewki. Opowiedział jej, że wójt nie lubi dostawać złych wiadomości w poniedziałki, do pana Jurka z kolonii trzeba dzwonić po osiemnastej, bo wcześniej jest w oborze, pani sołtys z Grabówki mówi „dobrze”, kiedy jest wściekła, a „zastanowimy się”, kiedy decyzję już podjęła, a także o tym, że droga numer 1745L formalnie ma odwodnienie, ale fizycznie go nie ma a przewodniczący rady nie czyta załączników dłuższych niż dwie strony.
Natalia robiła notatki.
– Pan powinien napisać podręcznik – powiedziała któregoś dnia.
Wzruszył tylko ramionami i odpowiedział:
– Od pisania są pisarze. Ja jestem tylko urzędnikiem.
W kwietniu dostał podwyżkę. Sto osiemdziesiąt złotych brutto. Beata zobaczyła pasek wynagrodzenia.
– To już jest po podwyżce?
– Tak.
– Aha.
Nie powiedziała nic więcej. To „aha” bolało bardziej niż rozbudowany komentarz zawierający słowa powszechnie uważane za obelżywe.
Wieczorem oglądali serial. Adam nie wiedział, o czym był. Patrzył na telewizor i liczył. Dwadzieścia sześć lat po dwanaście miesięcy to trzysta dwanaście miesięcy. Przeciętnie 30 dni w miesiącu, to dziewięć tysięcy trzysta sześćdziesiąt dni. Odjąć urlopy, zwolnienia i święta…
Sam nie wiedział, co chciał policzyć. Może ile życia kosztowało go sto osiemdziesiąt złotych brutto?
W maju na lokalnym portalu informacyjnym znalazł ogłoszenie o pracę: specjalista do spraw administracyjnych w firmie logistycznej pod Lublinem. Pensja od siedmiu do dziewięciu tysięcy brutto, praca hybrydowa. Do tego pakiet medyczny, karta multisport.
Kliknął „Aplikuj”. Formularz otworzył się na ekranie. Imię. Nazwisko. Telefon. CV.
Doszedł do rubryki: Znajomość języka angielskiego. Westchnął a potem zamknął stronę.
Następnego dnia otworzył ją ponownie. Ogłoszenie nadal było aktywne. Przeczytał zakres obowiązków: koordynowanie, raportowanie, procesy, optymalizacja, system ERP.
Nie wiedział, co to ERP. Nie sprawdził. Zamknął stronę.
Trzeciego dnia ogłoszenie zniknęło. Adam poczuł ulgę.
Latem Marian przyszedł odwiedzić urząd. Był opalony i znacznie szczuplejszy niż go Adam zapamiętał. Miał sportową koszulkę i sandały. Wyglądał dużo młodziej niż pół roku wcześniej. Adama to spostrzeżenie uszczypało w okolicę lewego szóstego żebra.
– Jak tam emerytura?
– Człowieku. – Marian pokręcił głową. – Ja nie wiedziałem, że dzień jest taki długi.
– Nudzi ci się?
– W życiu! Na działce robię, na ryby jeżdżę, z Haliną byliśmy w Bieszczadach.
– No proszę.
– A tutaj?
Adam spojrzał przez otwarte drzwi na korytarz. Natalia śmiejąc się rozmawiała z kimś przez telefon
– Normalnie.
Marian spoważniał.
– Wiem o konkursie.
– Cała gmina wie.
– Przykro mi.
– Daj spokój.
– Myślałem, że ty…
Adam wzruszył ramionami.
– Widocznie nie spełniałem oczekiwań.
Marian popatrzył na niego długo, klepnął go w ramię i wyszedł z pokoju.
Jesienią Adam skończył pięćdziesiąt lat.
Przyjechał syn, wpadli rodzice. Beata zrobiła kolację. Był tort z cyframi pięć i zero. Zero paliło się mocno, pięć zgasło samo dwa razy.
– Pomyśl życzenie – powiedziała Beata.
Adam patrzył na małe języczki ognia. Nie wiedział czego chcieć. Awansu? Już nie. Innej pracy? Za późno. Emerytury? Za wcześnie. Zdrowia i spokoju? Brzmiało jak marzenie tetryka. Zdmuchnął świeczki bez życzenia.
W listopadzie zachorował pan Józek. Ten od liści. Przyszedł rak i załatwił sprawę szybciej niż najbardziej skorumpowany samorządowiec postępowanie przetargowe. Pogrzeb odbył się w czwartek o dwunastej. Z urzędu pojechała delegacja z wieńcem. Adam przeczytał napis na wstędze okazałej wiązanki: „Pracownicy Urzędu Gminy w Bździnach Dolnych”. Popatrzył na trumnę i pomyślał o Józku zamiatającym liście. Wiatr, liście, miotła, wiatr, liście, miotła…
Po pogrzebie wrócił do pracy. O czternastej trzydzieści miał interesanta w sprawie wycinki drzewa.
– Panie, to uschnięte jest.
– Musi pan złożyć zgłoszenie i poczekać na decyzję.
– Na cholerę zgłoszenie, jak uschnięte?
– Takie są przepisy.
Mężczyzna popatrzył na niego z pogardą.
– Wy tutaj to już całkiem oderwani jesteście od rzeczywistości. Popracowalibyście normalnie, gdzieś w prywacie, to by Wam rozum wrócił.
Adam chciał zaprzeczyć. Przecież mógłby pracować w wielu miejscach. W myślach próbował sobie przypomnieć co potrafi robić. Kiedyś umiał nawet dużo: naprawić motocykl, ugotować kilka całkiem smacznych dań, kłaść gładź. Gdyby poćwiczył, to kafelki też by ułożył. Ba, kiedyś miał nawet pojechać do Norwegii. W 2004 dostał od kolegi numer do człowieka, który szukał ludzi do pracy przy remontach. Numer przez prawie rok nosił w portfelu. Wyjmował go i chował z powrotem. Któregoś dnia cyfry starły się od zginania kartki i już nie dało się odczytać dwóch ostatnich. Poczuł wtedy ulgę…
Zamiast zaprzeczyć powiedział:
– Formularz jest na stronie internetowej.
W grudniu Natalia dostała nagrodę wójta za „usprawnienie pracy referatu oraz wdrożenie nowoczesnych metod zarządzania”. Jedną z nowoczesnych metod był arkusz, który Adam prowadził od dziewięciu lat. Natalia zmieniła w nim kolory i dodała jedną kolumnę.
– Panie Adamie – powiedziała, stając w drzwiach. – Dziękuję za pomoc w tym roku.
– Nie ma za co.
– Jest.
Położyła na jego biurku małe pudełko belgijskich czekoladek. Uśmiechnęła się ciepło i dodała:
– Wesołych świąt.
– Nawzajem. – Adam odpowiedział bardziej do blatu biurka niż do kierowniczki.
Natalia wyszła. Adam długo patrzył na pudełko, potem schował je do szuflady obok zszywek, długopisów i starej pieczątki. Wyjął ją. Nie używał jej od dawna. System elektronicznego obiegu dokumentów sprawił, że większość pieczątek stała się zbędna. Nawet tych nowszych, z automatycznym tuszowaniem stempla. Ta musiała się chyba tu zawieruszyć. Guma stwardniała, litery starły. Przycisnął pieczątkę do wygrzebanej w szafce poduszki z tuszem, potem do kartki.
REFERENT
Popatrzył. Jeszcze raz stuknął w tusz, potem w kartkę.
REFERENT
I jeszcze raz.
REFERENT
Za oknem zaczął padać mokry śnieg. Na parkingu nowy pracownik gospodarczy odgarniał go plastikową łopatą. Nowego zatrudniono zanim jeszcze ciało pana Józka zdążyło na dobre ułożyć się na satynowej wyściółce sosnowej trumny. Jak mawiał stary wójt: „Ciągłość działania urzędu musi być zachowana bez względu na okoliczności”.
Śnieg padał szybciej, niż człowiek zdążał odgarniać. Adam patrzył przez szybę. Przez chwilę miał wrażenie, że widzi siebie z góry. Pokój numer siedem a w nim biurko, szafa, krzesło i mężczyzna przy oknie.
Cały urząd wyglądał jak pudełko podzielone na małe przegródki, a w każdej siedział człowiek wykonujący ruchy, których nauczył się dawno temu i których już nigdy nie będzie miał powodu ani okazji się oduczyć.
O piętnastej trzydzieści dwie wyłączył komputer. Sprawdził okno, założył kurtkę, zgasił światło.
Na korytarzu zatrzymał się przed pokojem kierownika. Na drzwiach wisiała tabliczka:
NATALIA CHOJNA
KIEROWNIK REFERATU
Niżej pozostały dwie małe dziurki po starej tabliczce Mariana. Adam dotknął jednej palcem. Chłód okleiny drzwiowej przywołał go do rzeczywistości.
Na dworze sypało coraz mocniej. Samochód odpalił za trzecim razem. Adam siedział chwilę za kierownicą, czekając, aż szyby odparują. Zawibrował mu telefon. To Beata. Bez ozdobników czy wstępu, krótkie: „Kup chleb.”. Odpisał „Ok” i ruszył.
Minął szkołę, kościół, dwa puste przystanki, sklep wielobranżowy. Przy wyjeździe z Bdździn Dolnych znajdował się drogowskaz „Lublin 68”. Adam przejeżdżał obok niego dwa razy dziennie – rano w jedną stronę, po południu w drugą. Tym razem zawahał się. Droga do Lublina była czarna i mokra. Reflektory samochodów nią jadących tworzyły na asfalcie galaktyki małych gwiazdek, po czym znikały za łagodnym wzniesieniem. Wystarczyło skręcić i wjechać na krajówkę. Sześćdziesiąt osiem kilometrów to niecała godzina. Mógł pojechać przed siebie. Nie potrzebował do tego ani wniosku, ani podpisu kierownika.
Stał na skrzyżowaniu długo. W końcu za nim ktoś zatrąbił. Adam drgnął i włączył kierunkowskaz. Skręcił w stronę domu. Zajechał do sklepu „u Janki”. Na półce z pieczywem leżał przeceniony chleb, którego termin przydatności kończył się kolejnego dnia. Wziął dwa.
Rano obudził się kilka minut przed budzikiem. Leżał w ciemności, słuchając spokojnego, równego oddechu żony. Za oknem sąsiad odpalił diesla. Silnik przez moment kasłał ale wszedł na równe obroty, by po chwili mruczeć coraz ciszej wraz z oddalaniem się od domu.
O 6:15 zadzwonił budzik. Adam wyłączył go natychmiast. Wstał, ogolił się, zjadł kromkę chleba z masłem i plastrem żółtego sera. Założył koszulę, potem kurtkę.
O 7:18 zaparkował przed Urzędem Gminy w Bździnach Dolnych.
Na parterze zapaliło się światło. Pokój numer siedem czekał. Adam wszedł do środka.
I zamknął za sobą drzwi.
Rysunek: Magdalena Szymanek – Instagram Magdy: https://www.instagram.com/szymciaartuje?stkn=MXFxeW5uZTFlNXEydw==







