Siedzi k*rwa pod przydrożnym krzyżem.

Wątpliwa to osłona przed prażącym słońcem. Ciemne, tłuste włosy, oblepiają mokrą od potu pucołowatą twarz. Workowaty tshirt, kiedyś pewnie czarny, opina jej ramiona i przygarbione, zaokrąglone plecy.

Zastygły w agonii żelazny Jezus łypie na nią co rusz.

– Co się gapisz? – kobieta zasłania sobie ręką twarz w geście małego dziecka, któremu wydaje się, że gdy przesłoni oczy, to staje się niewidzialne.

Jezus nie odpowiada ale nadal nie odwraca głowy.

– Głupi ty! – mamrocze pod nosem – Obcych karmiłeś i poiłeś, umarłych do życia przywracałeś, a sam siebie od tego krzyża nie uratowałeś. No debil. – zaczyna rechotać. Piersi opierające swój ciężar na dużym brzuchu, falują w rytm coraz głośniejszych wybuchów jej śmiechu.

Nagle przestaje. Zamiera w oczekiwaniu. Srebrne kombi zatrzymało się w wiodącej do krzyża dróżce. Przygląda się kierowcy. Młody mężczyzna w koszulce polo stuka szybko palcem po ekranie telefonu.

– Eee, nie ma co iść. Pewnie drogę pomylił. – ocenia szybko.

Klientelę k*rwy stanowią raczej lokalni starzy kawalerowie, intelektualnie zbliżeni do niej poziomem, zdesperowani, samotni, którym nie przeszkadzają ani jej dziwne zachowania, ani mocno nieświeże poliestrowe majtki, ani też ryzyko wzbogacenia własnej flory o chorobotwórcze patogeny. Zostawiają u niej pieniądze wydębione u starych, schorowanych matek, wyżebrane u rodzeństwa, odwiedzającego ich tylko z obowiązku albo zarobione przy dorywczych robotach.

Praca k*rwy ciężka nie jest. Lubi ją nawet trochę. Jak który klient zadowolony, to i co miłego powie, czasem coś słodkiego przyniesie. A co miałaby robić innego? Nigdzie jej za długo nie potrzymali – a to zapomniała, że miała pójść na rano, a to za ciężko było dźwigać, a jeszcze innym razem pani, co ją wzięła do pielenia sadzonek, tak źle z oczu patrzyło, że k*rwa nie mogła tego znieść. Uciekła. A tutaj to sobie jakoś radzi. I nikt za dużo nie pyta.

Odrobinę zawiedziona odprowadza wzrokiem odjeżdżające auto.

Dzisiaj nie jest dobry dzień. Żniwa. Tak, żniwa, ale nie dla niej. Jeszcze chwilę tu posiedzi ale wie już, że wróci do domu z portfelem dokładnie tak samo lekkim, jak przy wyjściu.

– O Boże, jaki gorąc! Jak w piekle. – podnosząc się stęka ciężko. – Jutro też do Ciebie przyjdę. Nie idź nigdzie. – mówi do Jezusa, zakładając sobie na ramię poobdzierane paski czarnej, małej torebki. Idzie ciężko stawiając stopy.

Jezus nie reaguje. Poczeka. Jutro przywita ją znowu akceptującą ciszą i wzrokiem zupełnie pozbawionym krytyki.

Piekący żar nieruchomego powietrza zaczyna ustępować pod lekkim jeszcze ale stanowczym naciskiem chłodniejszego wiatru. Półnagie ciało żelaznego Jezusa przykrywa przyniesiony przez kolejny podmuch duży klonowy liść.

Pierwsza kropla deszczu spada pod nogi Jezusa. Druga na jego policzek. Gdyby tak ktoś spojrzał na niego w tej właśnie chwili, mógłby pomyśleć, że w niemej metalowej figurce kłębią się żywe emocje. A nieruchome wystygnięte usta szepczą: „Może matka, może siostra, może córka…”

 

 

 

Foto: Markus Distelrath – Pixabay

Jeden komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *