Znalazłem na chodniku piórko. Ptasie chyba. Białe, z perłowym połyskiem. Spojrzałem w górę ale jego właściciel musiał już dawno zniknąć pomiędzy wysokimi wieżami biurowców.
Zastanawiałem się chwilę czy wziąć je do ręki, bo tyle teraz o tej ptasiej grypie gadają w telewizorze. Wydało mi się jednak takie niepasujące do szarego bruku – ono takie łagodnie błyszczące, z satynową elegancją. Zaryzykowałem. Schowałem je do wewnętrznej kieszeni w kurtce.
Z niewielkim trudem znalazłem odpowiedni numer wejścia i wybrałem cyferki na domofonie. Ręce trzęsły mi się trochę. Doskonały to pomysł – wśród biur księgowych, kancelarii prawniczych i siedzib giełdowych spółek umieszczono nie wyróżniający się z zewnątrz przybytek o usługowym charakterze. Drzwi otworzyły się z cichym brzęczeniem. W środku pachniało jakimś kadzidłem. Przytłumione światło, tkaniny na ścianach i puszysta wykładzina na podłodze tworzyły przyjemną atmosferę intymności. Młoda dziewczyna o egzotycznej urodzie najpierw wyjaśniła, że zastępuje szefową a następnie poprowadziła mnie do jednego z pokoików. Za jego zamkniętymi drzwiami przekonałem się co potrafią jej dłonie, jej stopy. Full service, jak to mówią.
Mój szwagier miał rację – warto było spróbować. A tak, no właśnie! To Lu opowiedział mi o tym miejscu. Lu to skrót od Lutek. Lucjan znaczy się. Mówi, że to brzmi bardziej światowo. Lu to jest gość! Jest biznesmenem. Nie bardzo wiem jakie te interesy prowadzi ale biedy z żoną nie mają. Coś importuje, coś eksportuje, nie znam szczegółów. Nieźle wygląda – czarne włosy, atletyczna sylwetka. Zazwyczaj nosi ciemne garnitury, podkreślające jego fizyczne atuty. Lu lubi kobiety a kobiety uwielbiają Lu. Wszystkie. Z wyłączeniem mojej żony. Nie trawi go ona serdecznie. Nie bardzo wiem dlaczego. Nigdy się nie pokłócili, nigdy nie widziałem, żeby był dla niej mniej szarmancki niż dla innych babeczek. Mnie to nie przeszkadza, zazdrosny nie jestem. Ale jej widać nie podoba się to tak bardzo. Lu jest w rodzinie od kilku lat. Spotykamy się rzadko. W zasadzie tylko w święta u teściów. I właśnie w ostatnią Wielkanoc Lu wyciągnął mnie na taras na papierosa i przyglądając mi się uważnie zapytał czy wszystko w porządku. Zmęczony trochę byłem, bo to przecież końcówka pierwszego kwartału roku, więc te sprawozdania, analizy danych, no cała masa obowiązków. Tym chyba wytłumaczyć mogę, że z moich ust zamiast zwyczajowego „Tak Lu, dzięki, wszystko w normie.” wylało mi się: „Mam dość wszystkiego! Starzeję się i dociera do mnie, że nic ciekawego w życiu nie zrobiłem.” Lu lekko się uśmiechnął, po czym oświadczył, że potrzebuję resetu i że on mi coś może polecić.
Rzeczywiście – po wizycie w rekomendowanym przybytku odprężyłem się. Wstąpiły we mnie nowe siły. Mogłem teraz iść na wojnę z tymi wszystkimi unikającymi sprawozdań statystycznych prywaciarzami! Ach, nie mówiłem wcześniej – jestem inspektorem w Urzędzie Statystycznym. To poważne i wyczerpujące zajęcie.
Mój zapał opadł gdzieś w okolicach kolejnego wtorku. Tego dnia moja żona wbiła we mnie wzrok złego policjanta. Jak ona tak patrzy, to nawet jak człowiek nie ma nic na sumieniu, to zaczyna się godzić z nieuchronnością czekającej go kary. Srebrny włos znalazła na mojej sztruksowej marynarce. Długi. Falowany. Powiedziała, że to gołębi odcień. Jak nic jakaś blondyna się do mnie przytulała. Szybko przewinąłem w pamięci wydarzenia ostatniego tygodnia. Niee, Tajka z pewnością nie była właścicielką srebrzystego kłaka. Żadna z moich biurowych koleżanek również nie wpisywała się w charakterystykę tlenionej piękności.
Oj, z pewnością to z tramwaju. – tak jej powiedziałem. W rzeczywistości byłem prawie pewny, że to z samochodu Lu, z którym widziałem się poprzedniego popołudnia. Pewnie woził jakąś lalę, jego żona była przecież krótkowłosą szatynką. Ech, mogłem sobie jedynie wyobrażać co robił z tą kobietą. Nie moja to jednak sprawa. Nie będę się wtrącał. Ja spotkałem się z nim w innym celu. Jeszcze w święta zagaił o jakichś inwestycjach. Trochę oszczędności mam, obróciłbym nimi z zarobkiem. Może kupiłbym sobie motocykl? Żona nie miałaby powodów do utyskiwania. Może zabrałbym ją na jakieś egzotyczne wakacje zamiast, jak co roku, na działkę do moich rodziców? Lu zaproponował pomoc.
Wracając do żony – nie wyglądała na przekonaną ale przesłuchanie zakończyła. Teraz stosować będzie inne techniki wydobywcze: na obiad zrobi znienawidzoną przeze mnie wątróbkę, pościeli mi w salonie i będzie dwa razy dziennie w mojej obecności rozmawiać z mamusią, między wierszami dając mi odczuć, że jestem nieudacznikiem i mogła wyjść za mąż za Witka B, on taki obrotny jest.
Postanowiłem przeczekać tę fazę. Z czasem jej przejdzie.
Kolejne dni upływały jak w niesprawnym telewizorze: wizja jest, fonii brak. Nawet zaczęło mi się to podobać. Gdyby jeszcze nie włączała tych durnych tureckich seriali, to byłoby prawie jak w raju. Ponieważ była obrażona, nie pytała mnie o nic.
Aż do tego dnia. Ten poranek zaczęła od narzekania. Migrena ją dopadła i to z samego rana. Nie wiem co jej się stało, ale zapytała czy nie zostałbym w domu, bo tak źle się czuje. Chyba znudziły się jej ciche dni ale nie wiedziała jak zacząć. Tej metody jeszcze nigdy nie stosowała. Wykręciłem się obowiązkami służbowymi. Miałem zaplanowane inne rzeczy.
Z zamiarem wstąpienia do banku urwałem się z pracy wcześniej. Niewiele brakowało a nie dałbym rady. Jak na złość szefowa zasypała mnie dodatkową robotą. Na co dzień całkiem miła kobieta, dzisiaj chodziła jak osa. Z tymi babami to zawsze jakieś problemy. Uwinąłem się szybko, robiąc trochę po łebkach, bo zależało mi na szybkim wyjściu z biura. Chciałem wypłacić pieniądze z konta oszczędnościowego aby przekazać je szwagrowi. Umówiliśmy się na 14, żebym do domu dotarł o normalnej porze. Nie chciałem wzbudzać podejrzeń mojej ślubnej. Powiem jej o wszystkim dopiero, jak zarobię odpowiednią kwotę.
Do diabła z tymi wszystkimi ulepszeniami! – pomyślałem pobierając numerek. Kiedyś po prostu stawało się w kolejce. Byłem dopiero 66 a w trakcie obsługi były numerki od 51 do 59 ale cóż było robić, cierpliwie czekałem. Przeczytałem prawie wszystkie kolorowe ulotki. Na jednych uśmiechnięta para z psem zachęcała do wzięcia kredytu na 30 lat na zakup swojego mieszkanka, na innych pan w wieku emerytalnym w słomkowym kapeluszu leżał na złotej piaszczystej plaży pod wielkim pióropuszem palmy kokosowej – te zachwalały korzyści kredytu „Na spełnienie Twoich marzeń”, na kolejnych profesjonalnie wyglądająca pani z kalkulatorem w dłoni pokazywała coś siedzącemu naprzeciwko panu – te mówiły coś o konsolidacji. Nie doczytałem, bo zakręciło mnie w nosie i musiałem się ratować przed głośnym kichnięciem. Wciągnąłem mocno powietrze i dopiero wtedy uświadomiłem sobie, że czuję silny kwiatowy zapach. To z pewnością od tych kwiatów tak mi się chciało kichać. Wiem, że alergizuję na koty i trawy ale żeby na kwiaty? Niech to…
Sztuczny elektroniczny głos w końcu wyczytał mój numerek. Zwolniło się stanowisko szóste. Siedziała przy nim atrakcyjna kobieta w trudnym do określenia wieku, z grzywą rudych falowanych włosów. Ładna. Mógłbym się w niej zakochać. Gładziłbym jej bladoróżowe ramiona. Albo i ciągnął za te ogniste loki w miłosnym uniesieniu. Uśmiechnęła się do mnie przyjaźnie i spytała w czym może pomóc. Nie zdołałem nawet odpowiedzieć, bo znowu zacząłem kichać. Jakie to żenujące! Opanowałem się na chwilę, rozejrzałem i namierzyłem winowajcę – okazały kwiatek w sporej glinianej donicy. Miał duże, białe, dzwonkowate kwiaty. Nie znam się na botanice ale zdawało mi się, że to dość popularna roślina, hodowana raczej w ogrodzie niż w domu. Ale może coś pomyliłem. Konsultantka powędrowała za moim wzrokiem i przewróciła oczami.
– Nie wiem skąd się tu wzięła, pewnie któraś z koleżanek przyniosła. Zakwitła dzisiaj. Zaraz ją wyniosę, bo mnie też denerwuje – wyjaśniła.
Przepraszająco uśmiechnąłem się do niej. Rzuciłem okiem na plakietkę przyczepioną do jej stroju.
– Pani Iza… Izebelo? – nie mogłem doczytać.
– Izabela. Tylko ktoś pomylił w druku tę jedną literkę. – życzliwie odpowiedziała rudowłosa.
Kiwnąłem głową na znak zrozumienia. Zamierzałem szybko wyjaśnić jej po co przyszedłem. Nie było to łatwe, bo każde wypowiedziane przeze mnie zdanie okraszone było przynajmniej dwoma kichnięciami i jednym wydmuchaniem nosa. Pani Izabela nadal uśmiechała się łagodnie i zamiast wypłaty gotówki zaproponowała mi przeniesienie części oszczędności na konto inwestycyjno-maklerskie. Zainteresowało mnie to nawet. Nie bardzo rozumiałem o co chodzi z obrotem akcjami ale wierzyłem, że skoro pracownica banku mówi mi, że to opłacalne, to musi tak być. Była taka przekonująca. Pewnie skusiłbym się na to i podpisał wydrukowane już dla mnie dokumenty, ale w momencie, gdy pani Izabela pochylała się w moją stronę i konspiracyjnie zniżając ton mówiła o maksymalnych możliwych zyskach, ja nie mogąc powstrzymać kolejnego kichnięcia nie zdążyłem zasłonić ust i … Sami rozumiecie… Czerwony jak burak szybko zabrałem swoje dokumenty i uciekłem.
Ochłonąłem dopiero po dłuższej chwili na dworze. Szwagier dzwonił do mnie już kilkukrotnie. Oddzwoniłem. Umówiłem się z nim w jego biurze. Musiałem wytłumaczyć mu dlaczego nie mam ze sobą gotówki. Na pewno zrozumie. Lu powiedział, że już wysyła mi Ubera, który przywiezie mnie pod właściwy adres. Nie korzystałem dotychczas z takiej formy transportu. Nieco zestresowany wsiadłem do pojazdu. Próbowałem zagadać ale kierowca okazał się być jakimś obcokrajowcem, mówiącym w języku brzmiącym dla mnie jak jakieś haapciaarapciam. Dowiózł mnie na miejsce i gestem wytłumaczył, że mam wysiadać. Nie chciał żadnych pieniędzy, więc wywnioskowałem, że to Lu zapłacił mu już za przejazd.
Byłem w dzielnicy wielkich szklanych domów – tak od zawsze nazywałem pełne wysokich biurowców Śródmieście. Rozejrzałem się i dostrzegłem Lu po drugiej stronie ulicy. Nie zamierzałem przechodzić w niedozwolonym miejscu. Nigdy tak nie robię. Udałem się do najbliższego przejścia dla pieszych. Widziałem jeszcze, jak Lu marszczy czoło. Poczeka chwilę. Wcisnąłem przycisk wywołania zielonego światła i czekałem. Samochody zatrzymały się i już zamierzałem postawić stopę na jezdni, gdy coś cicho strzeliło w skrzyneczce na słupie i zaśmierdziało palonymi przewodami. Zielone dla pieszych nie zapaliło się, za to dla samochodów i owszem. Westchnąłem. Po drugiej stronie przejścia zobaczyłem Lu. Przewrócił oczami ale czekał na mnie oparty dłonią o słup sygnalizacji. Wkrótce światła zmieniły się a ja szybko pokonałem zebrę.
Szwagier uścisnął mi dłoń i gestem powstrzymał od mówienia. – Chodź, usiądziemy i dopiero porozmawiamy. – powiedział i poprowadził mnie do pobliskiego budynku.
W części recepcyjnej siedziały dwie prawie identyczne dziewczyny. Przywitały nas przyklejonymi do twarzy uśmiechami. Lu puścił do nich oko. Zachichotały. Jeszcze w windzie obserwowałem jak śledzą nas wzrokiem.
Po chwili rozsiedliśmy się w biurze szwagra. Lustrowałem spore pomieszczenie, okna od pokrytej wykładziną podłogi po sam sufit, skórzany fotel przy solidnym, mahoniowym biurku i wygodne kanapy przy kawowym stoliku. Jak bardzo różnił się ten gabinet od mojego pokoiku w urzędzie! Żadnych segregatorów, papierów, szarych mebli i niewygodnego krzesła na kółkach. Zazdrościłem Lu.
Szwagier nalał bursztynowego trunku do dwóch szklanek, jedną postawił przede mną, drugą trzymał w dłoni. Usiadł naprzeciwko i przez dłuższą chwilę przyglądał mi się w milczeniu. Zrobiło mi się jakoś nieswojo. Wypiłem jednym haustem zawartość szklanki. Lu bez słowa nalał mi kolejną. Uciekając przed jego wzrokiem, popatrzyłem na butelkę. Napis Devil’s Cut na etykiecie przez chwilę zatrzymał się na moich siatkówkach. Nie znałem tej odmiany Jim Beama.
– Problemy? – zapytał tonem, jakby wiedział co się u mnie działo.
Niepewnie zacząłem opowiadać o dzisiejszym dniu. Gdy tak opowiadałem, Lu uśmiechał się coraz szerzej. W końcu roześmiał się w głos. Zaskoczyła mnie jego reakcja. Nie wiedziałem co mam myśleć. Spodziewałbym się zdenerwowania, może chociaż niezadowolenia ale śmiech? Nie rozumiałem co go tak mogło bawić.
Nie przestając się uśmiechać Lu sięgnął po coś do szuflady biurka. Przyniósł do stoliczka niewielkie zawiniątko. Popatrzył na mnie i powiedział, już nieco poważniej:
– Stary, jak wszystko idzie pod górkę, to mam coś, co cię wzniesie aż ponad jej szczyt. – i rozsypał na stole biały proszek. Zrobił to tak naturalnie, jakby pokazywał mi klaser z mało cennymi popularnymi znaczkami Poczty Polskiej z roku 2002.
Zbaraniałem. Szwagier popatrzył na mnie i najwyraźniej wyczytał z mojej twarzy wszystko, co miałem w tym czasie w głowie.
– No nie mów, że nigdy nie próbowałeś? – podniósł brwi nie przerywając tasowania proszku kartą płatniczą.
Nie powiedziałem. Nadal siedziałem w milczeniu, bo mój aparat mowy z wrażenia zapomniał do czego służy. Próbując go naprawić wypiłem drugą szklankę alkoholu.
Lu wzruszył ramionami, zrolował wyciągnięty ze skórzanego, opatrzonego inicjałami portfela, banknot pięćsetzłotowy i przykładając jeden koniec do nosa, sprawnie wciągnął grubą kreskę.
Dla mojego mózgu mieszanka dzisiejszych przeżyć, alkoholu i widoku Lu pochylającego się nad stolikiem była ponad możliwości percepcji. Odebrało mi to zdolność racjonalnego myślenia i gdy szwagier pytająco wyciągnął do mnie rękę z małym woreczkiem, kiwnąłem głową. Sprawnie nalał mi kolejną porcję whiskey, dosypując tym razem do szklanki niewielką ilość białej substancji. Zakręcił szkłem i podał mi mówiąc: – Na raz.
Zrobiłem jak kazał. Nic się nie stało. Czekałem na jakieś fajerwerki ale żadne piorunujące wrażenia nie przychodziły. Nie wiem czy bardziej czułem ulgę czy rozczarowanie.
Siedziałem tak na tej wygodnej kanapie nieco znużony. Lu usiadł za biurkiem i stukał w klawisze laptopa. Chyba czas na mnie – pomyślałem a Lu nie odrywając wzroku od ekranu komputera, na głos odpowiedział: – Poczekaj, odwiozę Cię niedługo.
Chyba nie powinien prowadzić? – pomyślałem.
– Nie powinienem ale mogę. – odpowiedział Lu i mrugnął do mnie. – Zaraz wrócę, posiedź tu chwilę. – dodał i wyszedł z gabinetu.
Bałem się myśleć. Czy myślę aż tak głośno? Czy od teraz wszyscy będą słyszeli co pojawi się w mojej głowie? Moje koleżanki z pracy, o których wielkich, przyrośniętych do krzeseł dupach czasem mówię w myślach, też? I moja teściowa, której bezgłośnie posyłam wiązanki ciepłych słów, również? O Boże, a moja żona? Przerażająca wizja. Na dodatek poczułem coś dziwnego – lekkie mrowienie w kończynach, które po chwili przeszło jak po wszystkich nerwach do kręgosłupa a następnie do głowy. Czułem jakby mój mózg zaczął pracować na dużo większych obrotach. Na początku było to całkiem przyjemne ale już po chwili miałem wrażenie, że w mojej czaszce coś się gotuje. Bałem się, że mi głowa eksploduje! Obraz zaczął lekko drżeć, świat zaczął wirować. Oparłem głowę o oparcie kanapy i zamknąłem oczy. Niewiele lepiej ale zawsze to coś. Myśli przejeżdżały przez moją głowę jak pociągi przez Grand Central Terminal – ze wszystkich stron świata, do nieskończenie wielu destynacji. Pojawiały się na chwilę albo gościły trochę dłużej. Jedne przyjemne, jak ta o bliźniaczkach z recepcji ubranych tylko w kuse kelnerskie fartuszki albo ta o samotnych wakacjach na tureckiej riwierze, inne mniej, jak ta, w której pojawił się mój dyrektor, ubrany w zbyt obcisłą koszulę z krótkimi rękawami, wygłaszający na przepełnionej auli przemowę na temat misji statystyki publicznej.
Znalazłem w sobie zrozumienie heterozyjnej teorii superstrun, poczułem się jak demon Laplace’a a nawet toczyłem sam ze sobą filozoficzne dysputy, będąc jednocześnie utylitarystą i deontologiem.
W końcu dopadło mnie zmęczenie. Nie takie zwykłe, ale takie jak człowieka, który własnym ciałem pług po polu wczesną wiosną ciągnąć był zmuszony. Chyba przysnąłem na chwilę, bo nie zauważyłem kiedy przestałem być sam w gabinecie.
Najpierw usłyszałem głosy, potem przyszło ich zrozumienie. Otworzyłem oczy.
Po jednej stronie biurka siedział Lu. Naprzeciwko niego siedział facet ubrany w garnitur. Nie taki zwykły, szary czy granatowy ten garnitur. Był biały z perłowym połyskiem! Do tego białe buty ze złotymi sznurowadłami. Już samo to było niezwykłe ale cała reszta była jeszcze bardziej szokująca – mężczyzna miał długie srebrzyste włosy, jasną cerę i oczy w kolorze morza na Malediwach. A na plecach sporych rozmiarów plecak! Również perłowo-biały. Przetarłem oczy. To się chyba nazywa halucynacje wytwórcze – pomyślałem.
Lu rozpierał się w wygodnej pozycji na swoim fotelu. Znowu się śmiał. Bałem się ruszyć, ale nie wiem czy coś by się zmieniło, gdybym nawet zaczął tam robić pajacyki, bo obaj mężczyźni całkowicie ignorowali moją obecność.
– Mówię Ci – weź go sobie. Ja odpuszczam. – z rezygnacją powiedział ten biały pociągając solidny łyk z kryształowej szklanki.
– No nie poddawaj się, zgodnie z umową, zostało jeszcze tylko kilka prób. Psujesz mi najlepszą zabawę.
– Dla ciebie to zabawa a ja już jestem zmęczony. Ty mu podsuwasz co i rusz nowe szalone pomysły a ja się gimnastykuję, żeby wychodził z tego bez szwanku. Czy ty wiesz ile to zachodu być ciągle o krok przed nim? Zostawiam mu sygnały, znaki ale on jest tak… – Biały szukał przez moment właściwego słowa – mało spostrzegawczy i niedomyślny. O, i jeszcze dzisiaj dajesz mu jakieś świństwo. Poprzestawia mu się całkiem w głowie i będzie świat chciał zmieniać. Beze mnie! Nie biorę za to odpowiedzialności.
– Jak to mówią? Z prochu powstałeś, proch w nocha dajesz, w proch się obrócisz nim się nawrócisz. Tyle lat miałeś z nim spokój, to chociaż przez chwilę niech podokazuje.
– Przez chwilę? Przez was obu osiwieję!
– Da się bardziej? – zarechotał Lu ale biały zignorował zaczepkę, wziął kolejny łyk i kontynuował: – To, co się dzieje teraz to dopiero początek. Już widzę jak siada na motocykl, jak wyrywa kolejne podejrzane niewiasty, baluje w nocnych klubach. – mój przeklęty dar inteligencji i intuicji! Jak go prędkość nie zabije, to na pewno żona, jak się dowie co wyczynia albo nieleczona kiła, którą z pewnością się zarazi używając życia. Dzieci wyprą się takiego ojca, zmienią nazwiska i wyprowadzą na drugi koniec kraju. Z pracy go zwolnią, straci płynność finansową, stoczy się jak łożyskowa kulka ze stołu o jednej krótszej nodze. No tak, ale ty wtedy będziesz jeszcze bardziej zadowolony! – jęknął Biały a ja z przerażeniem odnotowałem, że wszystko o czym mówił przewijało się przed moimi oczami jak film na zawieszonym w powietrzu ekranie. Ta wizja wcale mi się nie podobała. Ja wcale tego nie chcę! – pomyślałem.
– Żona, phi, rzecz nabyta. – wzruszył ramionami Lu. – Chociaż tej jego baby to u siebie wcale bym nie chciał. Ta szantrapa zaraz wprowadzałaby swoje porządki! Weź się w garść. – dodał patrząc z politowaniem na Białego.
– Nie, nie, nie! Przyznaję – pierwszy błąd popełniłem siadając z tobą do tej ruletki. Drugi, gdy zgodziłem się na twoje zasady. Trzeci, gdy zdecydowałem się ciągnąć tę farsę, zamiast od razu pójść do głównego szefa i powiedzieć mu o wszystkim. Mam za swoje. Jestem beznadziejny! – rozpłakał się Biały.
Lu spoważniał. – Jak się przyznasz do hazardu i obstawiania życiem swojego podopiecznego, to cię zdegradują.
– Trudno. Jeśli dotychczasowy przebieg mojej kariery zawodowej okaże się dla szefostwa niczym, to widocznie tak musi być. To miała być moja emerytura, rozumiesz? Po tylu latach, w ramach wynagrodzenia za pracę w ciężkich warunkach, dostałem egzemplarz o niskim stopniu energochłonności. Tylu miałem trudnych podopiecznych: rzymski gladiator, średniowieczny żeglarz, inżynier–wynalazca z przełomu XIX i XX wieku – o, na wspomnienie tego eksperymentatora, od razu gęsiej skórki dostaję – demonstracyjnie podwinął rękaw i podniósł do góry bezwłose przedramię. – to przy nim nauczyłem się tych sztuczek z prądem. – dodał z ledwie słyszalną dumą. – I nawet tą świętą jedną, wiesz którą.
– Za życia to ona taka święta nie była. – z rozrzewnieniem dodał Lu.
– I to wszystko po to, żebym musiał jeszcze teraz szarpać się i kombinować co rusz. Nie dla mnie to! I wiesz co? To nie tylko sprawa naszych rozliczeń. Ja się wypaliłem zawodowo. Nie chcę już tego robić. – dopił resztę ze szklanki i zwiesił smutno głowę.
Przez chwilę obaj milczeli.
Pierwszy odezwał się Lu, sięgając po coś, co wyglądało jak smartfon, z tym, że świeciło z każdej strony, mruknął pod nosem coś w stylu „jeszcze tego nie miałem – stróżujący z depresją”. Głośniej odezwał się do Białego:
– Przecież ty nic innego robić nie potrafisz a do mojej ekipy się nie nadajesz. Biały wzruszył ramionami.
Po chwili w słuchawce zabrzmiało: „Słucham”. Powinienem powiedzieć „zagrzmiało”, bo męski głos był niski i mocny, jak pomruk nieodległej letniej burzy.
– Michał? – upewnił się Lu.
– A spodziewasz się kogoś innego?
– Dawno się nie widzieliśmy. Co u Ciebie? Nadal na tym samym stanowisku? Popatrz, tyle lat a u was bez zmian w kadrze zarządzającej. Słuchaj, sprawę mam. Siedzi tu u mnie jeden z twoich podwładnych. Marudzi że, rady już nie daje. No może trochę w tym mojej winy, bo go na kilka prób wystawiałem ale nie żeby aż tak! Może skierowalibyście go na przymusową sesję z którymś z Cherubinów?
– Siedzi u ciebie, czyli gdzie? – pozbawiony emocji głos brzmiał jak wytwór AI.
– Nie, nie na dole! – Lu zaśmiał się lekko. – U mnie w biurze na Prostej. Zadbałem o niego tymczasowo ale nie mogę tego przeciągać w wieczność. Rozumiesz – też mam zobowiązania. I reputację.
Po drugiej stronie nastała cisza.
Ja nadal siedziałem w bezruchu. Próbowałem zrozumieć co tu się odjaniepawla i w żaden sposób nie mogłem posklejać wszystkiego do kupy.
W końcu w tym czymś jak telefon dało się słyszeć cichy szum i ponownie odezwał się znajomy głos:
– Rozmawiałem z szefem. Przekazuję pozdrowienia i zaproszenie do głównej siedziby.
– Dziękuję. Z największą przyjemnością jak zwykle nie skorzystam.
– Co proponujesz?
Lu przeciągnął się, strzelił karkiem i dopiero odpowiedział: – Twój stróżujący wróci do bazy na krótki urlop, a do tego przewidywalnego nudziarza – mojego szwagra przydzielicie kogoś tymczasowego. Ja mu dam spokój, w końcu to rodzina. Niech sobie dalej wiedzie życie tak pełne emocji jak transmisja z obrad Sejmu w PRLu. Ale w zamian chcę trzech gości z waszego personelu naziemnego.
– Wszystko jedno których?
– Nieee, jednego purpurowego i jednego czarnego z sosnowieckiej i jednego z Sancta Sedes.
– Lu, przesadzasz!
– No dobra, dobra, to niech będzie trzech z sosnowieckiej i będziemy kwita.
– Stoi.
Szwagier z zadowoleniem uśmiechnął się i odłożył urządzenie. Biały spojrzał na niego mętnym wzrokiem. Chyba nie był przyzwyczajony do mocnych trunków.
– Dobra kolego, musimy cię jakoś pozbierać i przekazać pod opiekę Rafała. Już on cię szybko doprowadzi do ładu. – zamknął na chwilę oczy a gdy tylko je otworzył do pokoju weszły bliźniaczki. Biały w pierwszej chwili chyba myślał, że widzi podwójnie, zaczął szybko mrugać powiekami i marszczyć czoło, ale w końcu poddał się, machnął ręką i dał się wyprowadzić.
Lu spojrzał na mnie bez krztyny zdziwienia moją przytomną obecnością i ruchem ręki zachęcił do zajęcia miejsca przy biurku. Jak automat wykonałem poleconą czynność.
– Niepotrzebnie słyszałeś to wszystko ale co się stało, to się nie odstanie. Załatwię swoje sprawy i odwiozę cię do domu. Muszę się zastanowić co z tobą zrobić.
Nie miałem ani siły, ani odwagi sprzeciwiać się szwagrowi.
Rzeczywiście, Lu szybko skończył i podrzucił mnie do domu. Nie rozmawialiśmy, bo skupiałem się na tym, żeby nie porzygać się w trakcie jazdy. Poza tym jego słowa cały czas brzęczały mi w głowie. Serio jestem taki nudny?
Obudziłem się ze smakiem starego ciapa w ustach. Zdezorientowany powoli podniosłem powieki. Widok znajomych kształtów mebli dodał mi otuchy. Uniosłem głowę. Mój salon. Jestem u siebie. Spojrzałem na zegarek stojący na komodzie. Dochodziła 8 rano.
Nagle mój umysł zalały obrazy wczorajszego dnia. Poderwałem się do góry ale zrobiłem to zbyt energicznie i tak zakręciło mi się w głowie, że usiadłem z powrotem.
Spowodowany tym hałas zainteresował moją żonę, która weszła do salonu wnosząc ze sobą aromat kawy i bułeczek cynamonowych.
– Dzień dobry Kochanie. – zaćwierkała do mnie jak jakaś sikora. – Jak się czujesz?
Co ją opętało? No nie mogę! Dalej mam zwidy? Czy mnie trzyma po wczorajszym jak w termosie, czy to jakieś trwałe zmiany neurologiczne nastąpiły?
Poruszyłem stopami sprawdzając czucie i możliwość sprawowania kontroli nad własnym ciałem. Działa. Teraz dłonie, ramiona – działa.
– Sam nie wiem, ale chyba dobrze. – odpowiedziałem powoli. – Podaj mi telefon, muszę zadzwonić do pracy.
– Nic nie musisz, już się wszystkim zajęłam. Wypiszą Ci urlop na dzisiejszy dzień. Zaraz przyniosę ci śniadanie i kawę.
Coś zjadło moją żonę i przybrało jej postać!
W ciągu tych dwóch dekad wspólnego pożycia zaledwie kilka razy doprowadziłem się do stanu upojenia alkoholem. Nie, nie dlatego, że nie miałem ochoty albo okazji napić się wódki z kolegami. Moja małżonka skutecznie obrzydzała mi tego rodzaju rozrywki, zapewniając mi za każdym razem takie „poprawiny”, że kac gigant zdawał się być przy tym zaledwie drobną dolegliwością. Co się jej zatem stało?
Gdy wróciła z kuchni z tacą pełną smakowicie wyglądających drożdżówek, zebrałem się w sobie i udając lekki ton zapytałem:
– Czy coś mówiłem wczoraj po powrocie?
Małżonka uśmiechnęła się życzliwie. – Padłeś jak długi, gdy tylko Lutek wprowadził cię do salonu. Ale nie spałeś za dobrze. Nie wiem co ci się śniło ale mamrotałeś nieprzytomnie coś o białym garniturze.
– Aaa Lu coś mówił? – tym razem nie udało mi się ukryć drżenia głosu.
Twarz mojej żony rozjaśniła się. – W sumie to niewiele. – powiedziała wolno. – Wspomniał, że jedzie w interesach do Australii i poprosił, żebym miała oko na moją siostrę. Przeprosił, że doprowadził cię do takiego stanu ale nie spodziewał się, że masz tak słabą głowę i po jednym drinku tak cię sponiewiera.
Widziałem, że ślubna zerka na mnie z wahaniem.
– No dobrze, powiem ci, tylko obiecaj, że nie będziesz się na niego gniewał. Wiem, że chciałeś mi zrobić niespodziankę z okazji naszej rocznicy. Lutek bał się, że pijany gdzieś zapodziejesz ten voucher na dwuosobowy wyjazd do spa pod miastem, który kupiłeś wczoraj i powiedział mi w której kieszeni go schowałeś. Kochanie, jesteś cudowny! Pamiętałeś! – tu rzuciła się na mnie i pocałowała w usta.
Może nie miałem ochoty na poranne igraszki ale jej reakcja dała mi trochę czasu na zastanowienie. Cholera, faktycznie dzisiaj przypadała rocznica naszego ślubu! Nie rozumiałem za wiele z tego, co się działo. Zrzuciłem to na syndrom dnia następnego. Najważniejsze, że żona zadowolona.
…
Od mojego ostatniego spotkania z Lu minęło kilka tygodni. Po weekendowym wypadzie z żoną, moje relacje małżeńskie znacznie się poprawiły. Zrobiła się jakaś normalniejsza – nie czepiała się na każdym kroku i nawet powiedziała od czasu do czasu coś miłego.
Nie wracałem do tamtego popołudnia. Bad trip, którego niewątpliwie doświadczyłem, nie zachęcał do powtórki. „Według Timothy Leary’ego zwykle dotyka użytkowników substancji odurzającej, którzy nie mają wiele doświadczeń z nią związanych oraz jest spowodowane przez nieodpowiednie set and setting lub przez ogólne napięcie emocjonalne.” – przeczytałem w internecie i postanowiłem sobie, że o tym, co mi się przydarzyło opowiem dopiero wnukom. Ku przestrodze!
Wbrew zapowiedziom synoptyków, sobotni poranek przywitał mnie słońcem i bezchmurnym niebem. Włączyłem telewizor i z kubkiem kawy usiadłem na kanapie. Na żółtym pasku kanału informacyjnego przewijały się najważniejsze informacje dnia. Bez skupienia śledziłem zmieniające się napisy, aż przeczytałem coś, co zmroziło mój umysł: „Salon masażu tajskiego źródłem zakażeń.” Natychmiast zwiększyłem głośność urządzenia.
– Postawiliśmy zarzuty jednej osobie. Dotarcie do wszystkich klientów może być trudne. Szacujemy, że może być ich ponad dwa tysiące. Z uwagi na dużą zakaźność, ryzyko przeniesienia patogenów jest znaczne. Prosimy zgłaszać się do lekarzy rodzinnych lub specjalistów wenerologii, a następnie do organów ścigania. Zapewniamy anonimowość. – komunikowała blondwłosa okularnica stojąca przy ściance z napisem „Prokuratura Okręgowa”.
O Boże! – pomyślałem – To na pewno nie ten salon. Nie, to nie może być prawda. To był jeden raz!
Moje złudzenia szybko zostały rozwiane przez kadry przedstawiające znajome wejście do biurowca. Śledziłem doniesienia załamany. Jeśli nie zabije mnie żona ani kiła, to zawał serca albo wylew. – pomyślałem. Z nerwów szumiało mi w uszach.
Na ekranie telewizora pojawiały się mówiące głowy – jedne ubrane w białe fartuchy, inne w garsonkach, koszulach. Wypowiedzi ich wszystkich zmierzały do jednego: jak najszybciej trzeba udać się do placówki medycznej i poddać badaniom. A jeśli posiada się partnera, to poinformować również jego…
Moja żona spała. Postanowiłem poczekać aż sama się obudzi. W głowie układałem różne scenariusze rozmowy, jaką będę musiał z nią odbyć. W jednych płakała, w innych okładała mnie pięściami. Było mi już wszystko jedno. Usłyszałem jak wychodzi z sypialni i idzie do łazienki. Nieuniknione zbliżało się niewielkimi krokami stawianymi przez stopy mojej ślubnej.
– Proszę państwa, mamy najświeższe informacje dotyczące tej bulwersującej sprawy. Z uwagi na ważny interes społeczny, sąd rozpatrujący sprawę Samai R., podejrzanej o przestępstwo z art. 161 kodeksu karnego, zdecydował o ujawnieniu wizerunku podejrzanej. Służby mają nadzieję, że pomoże to dotrzeć do jak największej liczby osób, które miały z nią kontakt.
Na ekranie pojawiło się zdjęcie kobiety. Nie była ani młoda, ani ładna. Wyglądała na jakieś 60 lat, jej twarz pokrywała siateczka drobnych zmarszczek. Wpatrywałem się w to zdjęcie z mieszaniną ulgi, radości, niedowierzania i obaw.
To nie ona. Dziewczyna, która obsługiwała mnie była młoda. Jestem tego pewny. Odetchnąłem głęboko, próbując opanować drżenie kończyn.
Do pokoju weszła moja żona, niosąc w jednej ręce parujący kubek a w drugiej kopertę.
– Wczoraj ze skrzynki wyciągnęłam. Do ciebie. – zerknęła na nadawcę – od Lutka.
Poczułem skurcz w brzuchu. Czego on ode mnie chce? Nie odzywał się od tamtego dnia.
Za wiele tego jak na jeden miły, sobotni poranek.
Nie wiedziałem czego mogę się spodziewać, dlatego uznałem, że bezpieczniej będzie otworzyć list na osobności. Wykorzystałem chwilę, gdy małżonka poszła do kuchni robić śniadanie i czmychnąłem na balkon z kawą i listem. Przez chwilę żałowałem, że nie palę papierosów. Stanowczo powinienem teraz zapalić.
Otworzyłem kopertę i przyjrzałem się kartce zapisanej kształtnymi literami. „Drogi Szwagrze, mnogość obowiązków sprawiła, że odwlokłem napisanie do Ciebie, co nie jest równoznaczne z tym, że zapomniałem o Tobie.
Mam dla Ciebie propozycję, która z pewnością odmieni Twoje życie. Jestem przekonany, że nie pożałujesz.” Interesujące.
Nie odrywając wzroku od listu, sięgnąłem po kawę.
W momencie, gdy kubek dotknął moich ust, a czarny płyn zaczął spływać na język, jakieś ptaszysko przefrunęło tuż nad moją głową. Atak był niespodziewany. Zaskoczenie sprawiło, że nabrałem nagle powietrza a wraz z nim wciągnąłem do płuc kropelki cieczy. Zacząłem krztusić się i kasłać, opluwając trzymaną nadal w dłoni kartkę. Zorientowałem się, że czarny tusz zaczyna spływać z równych linijek i chcąc ratować sytuację zacząłem strząsać mokre krople za barierkę. Być może to ja nieudolnie targałem arkuszem, ale możliwe jest też, że to nagły podmuch wiatru wyrwał mi list z ręki i ten niesiony na niewidocznych skrzydłach pofrunął hen, daleko, za balkon. Obserwowałem jego lot i widziałem, że wylądował na chodniku, tuż przy zielonej, drewnianej ławce. Zaraz przy czubkach białych butów. Ich właściciel podniósł go, złożył starannie na pół, potem jeszcze raz na pół i schował do wewnętrznej kieszeni białej marynarki, po czym spojrzał na mnie a ja mimo tak dużej odległości widziałem jego turkusowo niebieskie oczy. Uśmiechnął się do mnie, kiwnął głową i odszedł. Poruszał się wyjątkowo lekko, zważywszy na to, że taszczył na plecach wielki perłowo-biały plecak.







