Ktoś to, do cholery, musi czytać!

Dawniej myślałam, że człowiek przychodzi na świat jako biała karta. Wyobrażałam sobie przy tym świeżo wyjętą z ryzy, wysokogatunkową kartkę A4, gładką, czystą, o niebieskawym odcieniu bieli.

Dawniej myślałam, że człowiek przychodzi na świat jako biała karta. Wyobrażałam sobie przy tym świeżo wyjętą z ryzy, wysokogatunkową kartkę A4, gładką, czystą, o niebieskawym odcieniu bieli.

Teraz nabrałam przekonania, że jest inaczej. Człowiek rodzi się i jest jak książka. Jej okładki są jeszcze nieozdobione. Widnieją na nich jedynie nazwiska autorów. Jeśli ma szczęście, to są one napisane czytelnym drukowanym pismem.

Sama książka to zbiór kartek, zszytych niezbyt mocno, jakby introligatorowi nie chciało się przyłożyć do pracy.

Większość tych kartek jest czysta, biała, niezapisana. Są wśród nich również inne, te noszące ślady odciśnięć, jakby ktoś mocno przyciskał długopis do wcześniejszych arkuszy, są takie, na których widać lekko ołówkiem naszkicowane kontury treści. To wierzenia, przekonania autorów, traumy wcześniejszych pokoleń, wyobrażenia i ambicje rozlane na zstępnego.

Czasem karty te stanowią piękny, zgrabny tomik ale częściej przypominają raczej przechodzący pomiędzy rocznikami podręcznik do historii dla klas piątych.

Niektórzy dostają egzemplarz, który choć nowy, to jakby poszarzały, całkiem jak długo leżący na najbardziej zapomnianej półce zatęchłego magazynu. Innym trafiają się już na starcie strony naddarte albo i osmalone ogniem.

Każdy człowiek zapełnia potem swój wolumin według własnego uznania. Jedni starannym, kaligraficznym pismem, w równych liniach, zachowując takie same odstępy, wypełniając każdą kartkę równymi blokami tekstu, inni ciężkimi do rozczytania rzędami szlaczków, biegnącymi pod skosem albo i całkiem w poprzek. Są tacy, którzy dorysowują nieprzyzwoite rysunki na marginesach i tacy, którzy pod zagiętymi narożnikami ukrywają małe sekreciki. Widać niekiedy, że rękę piszącego prowadził ktoś inny. Delikatnie, ledwie dostrzegalnie wpływał na kształt liter. W innym miejscu zauważyć można, że piszący bardzo się śpieszył – stosował skróty, zjadał końcówki wyrazów. Wszystko tam jest. Od pierwszej do ostatniej strony można natrafić na kleksy, ślady tłustych palców, skreślenia i poprawki. Kolor atramentu też się zmienia. Czasem jest bladoniebieski, rozwodniony, a czasem kobaltowy, zdarza się fioletowy i czarny, rzadziej zielony. Turkusowy to już rzadkość. Czerwony i różowy prawie nie występują.

Dla samej treści małe znaczenie ma forma graficzna. Może ułatwia i uprzyjemnia ona czytanie ale czy istotna jest historia czy to, jaką czcionkę zastosował drukarz?

W końcu przychodzi ten dzień. Odkłada człowiek pióro. Więcej nie będzie już ani jednej litery. Ani kropki. Nawet, jeśli zdawałoby się, że jeszcze tyle miejsca pomiędzy okładkami. Koniec.

***

Mrok biblioteki rozpraszają tylko ognie trawiące bierwiona w kominku oraz stojąca przy obitym skórą fotelu lampa z podstawą z polerowanego mosiądzu i jedwabnym abażurem. Jej ciepłe światło wydobywa z przestrzeni kształty ogromnych regałów z czarnego dębu, których półki szczelnie zapełnione są książkami. Małe pocket-booki i ogromne tomiszcza, oprawione w marokin inkunabuły i obłożone błyszczącą folią zeszyciki w ilościach, których ludzki umysł pojąć nie jest w stanie.

Drobny staruszek z burzą siwych, dawno nie czesanych włosów i gęstym równie siwym wąsem, zakrywającym mu połowę policzków, stawia na niskim stoliku porcelanowy imbryk i brzęczącą o spodek filiżankę. Z kieszeni wełnianej marynarki wyciąga zrobioną z korzenia wrzośca fajkę. Przygląda się jej z wahaniem. W końcu ulega, wzdycha i napełnia ją tytoniem wyciągniętym z szuflady masywnego biurka. Z widocznym pośpiechem ubija tytoń kołeczkiem. Odkłada fajkę na stolik wraz z pudełkiem zapałek, po czym staje przed murem papierowych cegiełek i przejeżdża po ich grzbietach pomarszczoną dłonią. Wyciąga jedną z nich. Niepozorna brązowa okładka. Tak, ta będzie dobra na dzisiaj.

Siada wygodnie w fotelu. Nogi obute w miękkie domowe pantofle wyciąga w stronę paleniska otwartego kominka. Wsuwa między usta koniuszek fajki, odpala zapałkę i przedłużając przez chwilę oczekiwanie na pierwsze pociągnięcie w końcu rozżarza tytoń.

Otwiera książkę. Będzie ją czytał długo. Tak długo, że wystygnie mu całkiem niedopita herbata a przepalone polana opadną cicho do popielnika. Wzruszy się, łza spływająca z oka zaplącze się w jasny zarost, wybuchnie śmiechem, który jak perłowe koraliki potoczy się po całym pokoju, a może zniecierpliwiony zmarszczy czoło i nie przerywając lektury sapać zacznie, jakby ciężar opowieści przygniatał go niczym młyński kamień małe ziarenko żyta.

A gdy skończy – zamknie okładki, odłoży książkę na właściwe jej miejsce, zaparzy w imbryku świeżej angielskiej herbaty a fajkę znowu nabije tytoniem. I sięgnie po kolejny egzemplarz.

Przecież po coś my te książki zapełniamy! Ktoś to, do cholery, chyba czytać musi?

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *