Zimowy świt bez pośpiechu odkrywa monochromatyczny pejzaż: zalane śniegowym lukrem połacie mijanych pól, czarne łyse konary z gałęziami jak wykręcone reumatyzmem palce chudego starucha. Trzyma na nich małe, ciemne pompony nastroszonych ptaków, jakby pokazywał światu drogocenną biżuterię.
Nurt rzeki schował się pod zamarzniętą skorupą. Z góry wygląda całkiem jak kręty tor łyżwiarski z niewysokimi bandami bo obu stronach, czekającymi tylko na żądnych wrażeń widzów. Brakuje głupców, którzy zaryzykowali by ślizganie się po jego powierzchni. Wyobrażam sobie jak nagle otwiera lodową powłokę i zaprasza ich w głąb siebie, jak otula cichą, ciemną tonią, wypełnia im usta, nosy, uszy miękkością wody…
Droga prowadzi mnie czarno-białymi koleinami. Układam myśli ciężkie jeszcze od sennych mar. Mozolnie odsiewam rzeczywistość od wytworów nocnej pracy ośrodkowego układu nerwowego. Jak Kopciuszek: ziarenko, po ziarenku, mak na lewo, piasek na prawo.
Stado saren rozproszonych na polanie wzdłuż drogi, niczym pozbawionych instynktu samozachowawczego zombie, nic sobie nie robi z mojej krótkotrwałej ale jednak hałaśliwej obecności. Szturchają pyskami lodowe grudki szukając pod śniegiem czegoś, co zapełni żołądki i pozwoli przetrwać kolejny mroźny dzień. Zupełnie obojętne na to, że okres ochronny skończył się kilka dni temu i teraz ich ekshibicjonistyczne spacery to rzucanie wyzwania przeznaczeniu. Mijam je powoli, nie rozstrzygając do końca: czy szybciej umierają zagryzione przez drapieżnika czy raczej zastrzelone przez myśliwego.
Im bardziej przestrzeń zmienia tonację z niebieskiej na białą, tym mocniej osadzam się w nowym dniu. Jeszcze kilka chwil i pozwolę całkowicie przejąć kontrolę logice. Potraktuje ona koleżankę wyobraźnię jak upierdliwą młodszą siostrę i zamknie ją w ciemnej walizce. Każe jej tam siedzieć aż sama skończy swoje zadania i będzie mogła oddalić się na odpoczynek.
Ziewam ostatni raz i wjeżdżam do miasta.
Dzień dobry styczniowy piątku.







