Nie przyzwyczajaj się

Włóczyliśmy się nocami od baru do baru. Piliśmy gorzkie piwo, śpiewaliśmy nieprzyzwoite piosenki, zaciągaliśmy się dymem z tego samego papierosa.

Włóczyliśmy się nocami od baru do baru. Piliśmy gorzkie piwo, śpiewaliśmy nieprzyzwoite piosenki, zaciągaliśmy się dymem z tego samego papierosa.

Droga prowadzi mnie czarno-białymi koleinami. Układam myśli ciężkie jeszcze od sennych mar. Mozolnie odsiewam rzeczywistość od wytworów nocnej pracy ośrodkowego układu nerwowego. Jak Kopciuszek: ziarenko, po ziarenku, mak na lewo, piasek na prawo.

"...A potem patrzyłam na niego długie sekundy. Nie mogłam zrozumieć sensu. Jakby połączenia neuronalne w moim mózgu nagle zerwały kontakty pomiędzy ośrodkiem Broki a Wernickiego. Składałam literki w słowa, słowa w zdanie ale pod czaszką brzmiało to jak po węgiersku "A hét melyik napja van ma?"..."

Dawniej myślałam, że człowiek przychodzi na świat jako biała karta. Wyobrażałam sobie przy tym świeżo wyjętą z ryzy, wysokogatunkową kartkę A4, gładką, czystą, o niebieskawym odcieniu bieli.

Znalazłem na chodniku piórko. Ptasie chyba. Białe, z perłowym połyskiem. Spojrzałem w górę ale jego właściciel musiał już dawno zniknąć pomiędzy wysokimi wieżami biurowców.

Jeden wiek, sto lat – pojęcie używane przez historyków, nieco abstrakcyjne, bardzo pojemne, mieszczące w sobie tak wiele wydarzeń. Korzeniów, 16 lipca…

Jestem sumą żywiołów.

... utknęła w tym miejscu, na mieliźnie i nie mogła ani z powrotem wpłynąć do portu ani wypłynąć na szerokie wody rajskiego oceanu

... nawet Pan Żul przygląda mi się z zaciekawieniem, po czym raczy pozbawionym dwóch czy trzech siekaczy serdecznym uśmiechem.

Z cyklu: Notatki z życia